01 lipca 2011 o godzinie 20:53. Kategorie: Polityka Zagraniczna, UE, Uroczystości

Udanego świętowania! – tak pożegnał się z widzami „Faktów TVN” prowadzący Kamil Durczok. Powodem do nocnych szaleństw Polaków ma być oczywiście przejęcie prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Bo przecież, jak zapewniają zgodnie politycy obozu rządzącego, to dzień na który wszyscy czekaliśmy od lat.

Ja nie czekałem i zapewne 99% Polaków również nie. Nawet ci, którzy myślą dziś inaczej, uważają że wreszcie nadszedł ten wyczekiwany dzień naszej nobilitacji w Unii Europejskiej, pewnie jeszcze rok czy nawet parę miesięcy temu nie mieli pojęcia kiedy, dlaczego i po co przejmujemy prezydencję.

Większość nie wiedziała nawet czym owa prezydencja jest. Ba, jeszcze przed kilkoma tygodniami z ust dziennikarzy można było usłyszeć, że w lipcu staniemy na czele Unii Europejskiej, Rady Europejskiej czy nawet… Rady Europy. Powszechna nieumiejętność rozróżnienia tych organów doskonale obrazuje poziom wyczekiwania na polską prezydencję. Tak w kraju, jak i w Europie.

Wbrew zapewnieniom rządu nasze przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej nie jest żadnym wyróżnieniem. Prezydencję obejmuje bowiem raz na jakiś czas każde państwo członkowskie UE. W systemie rotacyjnym kraje zmieniają się na tym stanowisku. Przed nami Radzie UE przewodniczyły Węgry, przed nimi Belgia, a jeszcze wcześniej Hiszpania. Niemcy przewodniczyli Radzie UE już 12 razy. My dopiero debiutujemy.

I może dlatego – poza pobudkami czysto propagandowymi – robimy z tego wydarzenie niemal epokowe. Prawda jest jednak taka, że z prezydencją jest trochę jak ze sprzątaniem klatki schodowej w blokowiskach. Zazwyczaj jest tak, że mieszkańcy dzielą się tym obowiązkiem. W tym tygodniu posprząta Kowalski, w następnym Nowak, a potem podłogę będzie mył Jabłoński. I tak w kółko. Dzięki temu klatka jest czysta, a lokatorzy bardziej wypoczęci, niż gdyby każdy miał co tydzień sprzątać swój kawałek podłogi. Analogicznie jest z prezydencją w Radzie Unii Europejskiej.

Tyle tylko, że my do naszej zmiany podchodzimy nadzwyczaj hucznie. Kilka dni przed wyznaczoną datą dzwonimy do całej rodziny, zapraszamy na uroczysty wieczór i świętowanie. Przygotowujemy wielką uroczystość, która po spożyciu większej ilości alkoholu przekształca się w zwyczajną balangę do białego rana.

Następnego dnia może się jednak okazać, że obudzimy się późnym popołudniem, z wielkim trudem ubierzemy elegancki strój i na silnym kacu, z krzywo zawiązanym krawatem wyjdziemy na klatkę schodową. Nie przejmując się wzrokiem zniecierpliwionych sąsiadów, których nasza opieszałość zmusiła do brudzenia sobie butów na nieumytych schodach, staniemy dumnie i w ten oto sposób rozpoczniemy naszą wartę. Naszą prezydencję.

Obyśmy tylko nie zapomnieli o wiaderku z wodą i ścierce.




02 kwietnia 2010 o godzinie 14:32. Kategorie: Gospodarka, Korporacje, Polityka Zagraniczna, UE, Wojna

Szacuje się, że z ziemi można pozyskać do 2000 miliardów baryłek ropy. Połowę tej sumy ludzkość zdążyła już prawdopodobnie zużyć. Pierwsza wydobyta połowa surowca zaliczana jest do tzw. „łatwej ropy”. Prostej i taniej do pozyskania. Niestety, gdy osiągnięty zostanie pułap zużycia zasobów na poziomie 50%, (tzw. peak oil) dalsze wydobywanie ropy naftowej będzie coraz trudniejsze i mniej opłacalne. Odwierty stają się coraz głębsze, a odkryte złoża coraz uboższe. Jest to pierwszy zwiastun zbliżającego się kryzysu naftowego.

Będzie to kryzys nie byle jaki. I nadejdzie szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. Wskaźnik EROEI uczy nas bowiem, że wydobycie wszystkich odkrytych złóż jest technicznie niemożliwe. W pewnym momencie do pozyskania jednej baryłki ropy, konieczne stanie się zainwestowanie jednej baryłki w proces wydobywczy. W latach 90-tych EROEI wynosił już 5:1 – oznacza to, że na każde uzyskane 5 baryłek przypada jedna, którą pochłania energia zainwestowana w eksploatację surowca.

Kryzys energetyczny rozpocznie się jednak zanim EROEI osiągnie nierentowny poziom 1:1. Ceny ropy poszybują gwałtownie o wiele wcześniej, wskazując tym samym na rychłe wyczerpanie się złóż. Oczywiście ropa nie skończy się jednocześnie we wszystkich regionach świata. Państwa, które będą posiadać ten surowiec najdłużej, staną się nowymi mocarstwami, mogącymi dyktować astronomiczne ceny pozostałej części świata.

Jeszcze 5 lat temu mówiło się, że ropy wystarczy do około 2035 r. Jest to jednak wyliczenie zakładające stałe światowe zużycie na poziomie ~30 miliardów baryłek rocznie. W rzeczywistości jednak konsumpcyjny kapitalizm poprodukcyjny doprowadził do sytuacji, w której z roku na rok zapotrzebowanie na ropę wzrasta. Amerykanizujące się społeczeństwa stają się coraz bardziej pasożytnicze, zużywając każdego roku coraz więcej energii.

Największe na świecie państwa toczą dziś między sobą bezwzględną walkę o surowce energetyczne. Polska jednak nie robi kompletnie nic. A z każdym dniem nasze możliwości manewru stają się coraz bardziej ograniczone.




16 marca 2010 o godzinie 18:19. Kategorie: Media, Polityka Krajowa, Prawo, Teoria, UE

Ministerstwo Finansów oficjalnie wycofało się z pomysłu wprowadzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Miał to być efekt spotkania przedstawicieli internautów z premierem. Debata ta wzbudziła liczne kontrowersje w kwestii jej organizacji. Nie mniej jednak – najważniejszy był ostateczny rezultat.

Tusk oświadczył, że Rejestru nie będzie. Dziennikarze i internauci ogłosili sukces. Ja jednak uważnie wsłuchiwałem się w głosy płynące z ust premiera i zwracałem uwagę, że Tusk ostentacyjnie twierdził, iż wcale nie został przekonany co do słuszności argumentów wysuwanych przez internautów.

Dzisiaj okazuje się, że moje przypuszczenia były słuszne. Wiceminister finansów Jacek Kapica domaga się wprowadzenia prawa, które doprowadzi w konsekwencji do urzeczywistnienia cenzury w sieci. Chodzi o list, jaki Kapica skierował do Macieja Berka, szefa rządowego centrum legislacyjnego i Michała Boniego, szefa doradców premiera Tuska. Wiceminister finansów wnioskuje w nim o utworzenie rozwiązania prawnego, które umożliwi blokowanie dostępu do określonych domen na podstawie wyroku sądowego. Koszty nałożenia takiej blokady spadłyby oczywiście na operatorów sieci. Ci z kolei przenieśliby je pewnie na odbiorcę końcowego – czyli każdego z nas. W efekcie otrzymamy częściowo ocenzurowaną sieć za wyższą cenę. Iście polskie rozwiązanie.




30 października 2009 o godzinie 21:11. Kategorie: Ludzie, Media, Prawo, UE, Wybory

Nieco ponad pięć miesięcy temu pisałem, że sprawa ograniczenia wolności Internetu wróci, jak tylko eurokraci rozsiądą się wygodnie na swoich nowych, brukselskich posadach. Fotele już dobrze zagrzane, czas więc najwyższy przystąpić do kontynuacji prac, które tak beztrosko porzucono w pierwszej połowie roku, przed wyborami.

Jak donosi Blackout Europe Polska, była francuska minister kultury, Catherine Trautmann, już zdążyła wykreślić z tzw. Pakietu Telekomunikacyjnego poprawkę 138/46, która gwarantowała, że nikt nie zostanie odcięty od Internetu (bądź poszczególnych jego zasobów) bez wyroku sądu. Cały zapis brzmiał dokładnie tak:

„Żadna restrykcja nie może być nałożona bez uprzedniego wyroku sądu - z wyjątkiem zagrożenia publicznego”

Zapis ten gwarantował, że w UE nie zostanie wprowadzone nic, co chociaż trochę przypominałoby francuskie prawo internetowe, znane pod skrótem HADOPI (od Haute Autorité pour la diffusion des œuvres et la protection des droits sur Internet – czyli Wysokiego Urzędu ds. rozpowszechniania utworów i ochrony praw w Internecie). Już sama nazwa utworzonej we Francji instytucji przywodzi na myśl nie tak dawno zlikwidowany w naszym kraju Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Mówiąc wprost – komunistyczną cenzurę.




03 października 2009 o godzinie 18:49. Kategorie: Ludzie, Media, Polityka Zagraniczna, UE, Wybory

Kiedy piszę te słowa jest 3 października 2009 roku. Przed 18:00. W mediach szał. Irlandczycy poparli traktat lizboński. Co prawda, głosowano w tej sprawie po raz drugi z rzędu, ale nie ma to dzisiaj wielkiego znaczenia. Demokracja jest demokracja. A Vox Populi to rzecz święta. Jeśli lud myli się za pierwszym razem, to trzeba mu dać jeszcze jedną szansę. Gdyby to nie pomogło – następną i następną. Oto istota współczesnej demokracji.

Jak można było usłyszeć wczoraj w TVN24 i Polsat News – ponoć na Zielonej Wyspie nie przeprowadzano sondaży opartych na ankietach wyjściowych (exit pools). Nie było więc napływających wyników sondażowych. Na jakiekolwiek dane należało czekać do 18:30 czasu polskiego. Wtedy miał być ogłoszony oficjalny wynik Irlandzkiego referendum. Jednak już ok. 17:00 Brian Cowen, premier Irlandii, ogłosił sukces. Potwierdził to, co można było usłyszeć już od około tygodnia – wbrew temu co pokazują wrześniowe sondaże (TNS mbir: za ratyfikacją - 46%), traktat przejdzie większością co najmniej 60%.

Lech Kaczyński ogłosił przez swoich pośredników, że w tej sytuacji złoży swój podpis pod Traktatem Lizbońskim. Lech Wałęsa, który brał aktywny udział w namawianiu Dublińczyków do głosowania na „tak”, uznał to za sukces Europy. Podobnego zdania są inni znani na kontynencie politycy - Jose Manuel Barroso, czy nasz rodzimy Jerzy Buzek. Media - wtórując eurokratom – ogłosiły Vaclava Klausa największym wrogiem konstytucji. Jednocześnie twierdzi się, że do zmiany zdania Irlandczyków przekonały gwarancje neutralności kraju i utrzymania komisarza w strukturach UE.

Pomija się jednak zupełnie fakt, że duża część osób głosujących w poprzednim referendum z 12 czerwca 2008 r. w ogóle nie wzięła udziału we wczorajszym referendum. Powodem tego zniechęcenia było zupełne zignorowanie ich zdania. Głos obywateli został odrzucony przez polityków, maniakalnie dążących do realizacji partykularnych celów, wbrew opinii własnego Narodu. Czy głos inny niż „tak” miał jakiekolwiek znaczenie w tym referendum? Jaka była gwarancja, że sprzeciw znów nie zostanie uznany za nieistotny?




01 czerwca 2009 o godzinie 22:23. Kategorie: Polityka Zagraniczna, Prawo, UE, Wybory

eurowybory

Nie wiem na kogo głosować 7 czerwca. Nadchodzące wybory, to ważna sprawa, bowiem Unia Europejska nie zajmuje się już tylko regulacjami dotyczącymi banana i marchewki. Współcześnie zakusy europarlamentarzystów, objętych w Brukseli mniejszą kontrolą niż na rodzimym podwórku, zataczają coraz bardziej niebezpieczne kręgi.

W ostatnich tygodniach ważyły się losy Pakietu Telekomunikacyjnego. Cała sprawa przycichła, ale bez wątpienia wróci – po wyborach. W nowej kadencji czeka nas zresztą więcej atrakcji – m.in. zastąpienie informacji o mocy żarówek – z „wat” na „lumeny” i kolejna bitwa o Traktat Lizboński.

Zwłaszcza ta ostatnia kwestia jest dla mnie paląca. W Polsce brak prawdziwych przeciwników Konstytucji Europejskiej. Jedyna dyskusja, jaka toczy się wokół tego dokumentu, dotyczy kwestii moralnych – Boga, homoseksualistów, aborcji, eutanazji, etc. Od czasu do czasu pojawia się wątek suwerenności. Nikt jednak nie jest w stanie go omówić w sposób przystępny. Przynajmniej publicznie.

Cała rzecz w tym, że współcześnie nie istnieje coś takiego jak „Unia Europejska”. Stan prawny jest w tej kwestii jednoznaczny. Traktat z Maastricht zawiera jedynie stwierdzenie, że strony ratyfikujące go „wyrażają wolę utworzenia Unii Europejskiej”. Wola ta zostaje dopełniona w Traktacie Konstytucyjnym:

„Zainspirowana wolą obywateli i państw Europy zbudowania wspólnej przyszłości, niniejsza Konstytucja ustanawia Unię Europejską, której Państwa Członkowskie przyznają kompetencje do osiągnięcia ich wspólnych celów.”

Przez obowiązujące dziś dokumenty, UE nie posiada osobowości prawnej i musi się posiłkować takimi ciałami jak Komisja Europejska, zamiast ustanowić jednego, wszechwładnego „Prezydenta Europy”. Ratyfikacja Lizbony ma to zmienić. Dlatego czołowi politycy Europejscy tak usilnie zabiegają o zaakceptowanie tego traktatu. Faktem jest bowiem, że o władzę w nowym państwie w rzeczywistości ubiegać się będą mogli tylko najzagorzalsi euroentuzjaści. Reszta nie będzie miała szans.




06 maja 2009 o godzinie 18:21. Kategorie: Media, Prawo, UE, Wybory

cenzura internetu dopiero po wyborach?

Tytułową tezę oprę na przykładzie Pakietu Telekomunikacyjnego. Jak można dzisiaj przeczytać niemal wszędzie, regulacje prawne, które wywołały gorącą dyskusję w sieci, nie wejdą w życie. Na razie.

Parlament Europejski, podczas ostatniej sesji przed wyborami uznał, że konieczne jest postanowienie sądowe, aby odciąć kogokolwiek od dostępu do sieci. Dzięki przegłosowaniu tej poprawki, cały pakiet zrobił legislacyjny krok wstecz i jego treść będzie ponownie negocjowana. Co to oznacza w praktyce?

Ano, oznacza to ni mniej, ni więcej jak to, że sprawa kontrowersyjnego prawa powróci. Jednak dopiero po wyborach. Wtedy to europarlamentarzyści nie będą musieli już obawiać się, że konsekwencją wprowadzenia cenzury w Internecie (bo tak to trzeba nazwać), będzie ubogi rezultat wyborczy i utrata zagrzanego już przecież stołka.

Szkoda, że tylko w czasie kampanii politycy tak bardzo wsłuchują się w głos ludu. Może gdyby wybory odbywały się częściej, np. co miesiąc, to nasza polityka – nie tylko w Polsce, ale też na poziomie europejskim – byłaby wreszcie korzystna dla społeczeństwa?




04 maja 2009 o godzinie 14:51. Kategorie: Korporacje, Media, UE

Unia Europejska ocenzuruje Internet?

Już jutro w Parlamencie Europejskim głosowanie. Europarlamentarzyści zadecydują, czy ograniczyć wszystkim obywatelom UE swobodny dostęp do sieci. Czy prawnie nakazać dostawcom internetowym sprzedaż nie łącza o określonej prędkości, ale dostępu jedynie do wybranych treści. Rozwiązanie, za którym lobbuje najsilniej Francja i Wielka Brytania, może doprowadzić do cenzury w sieci, na niespotykaną dotąd skalę.

Jeśli PE przyjmie tzw. Pakiet Telekomunikacyjny, okaże się, że w podstawowym abonamencie każdego dostawcy znajdą się tylko podstawowe serwisy www i usługi internetowe. Onet, Interia, GG… i nic więcej! Zgodnie z prawem, zostaniesz odcięty od opozycyjnych w stosunku do linii UE witryn. Za dodatkowe możliwości, będziesz musiał zapłacić. Eksperci zakładają, że niemal pewne są dodatkowe opłaty za używanie Skype i innych klientów VOIP, są one bowiem najpopularniejszymi „zjadaczami” sieciowego transferu.

Wolne słowo, straci w ten sposób swój ostatni bastion. Owszem, nadal będziesz mógł prowadzić bloga. Ale co z tego, skoro np. taki jogger.pl nie będzie dostępny w Twoim pakiecie? Jeśli wykupisz sobie dostęp do tego serwisu, to może się okazać, że już nikt nie czyta Twoich wypocin, bo po prostu wszyscy stracili do nich dostęp. Nadal będziesz mógł jednak komentować informacje, np. na takim Onecie, czy TVN24. O ile oczywiście Twoje poglądy przejdą pomyślnie proces moderacji.

Wczoraj, 3 maja 2009 roku, „Wiadomości” TVP podały informację o manifeście w obronie nieskrępowanego dostępu do zasobów sieci. Protest przeciwko zamiarom cenzury, zorganizował ruch Blackout Europe Polska. Reporterzy telewizji publicznej określili walczących o wolność Internetu mianem piratów. Większa część reportażu zupełnie nie omawiała problemu, a skupiła się na kwestii pobierania nielegalnych plików. Przeciw takim praktykom trzeba głośno protestować!

To, co chcą uchwalić europarlamentarzyści, to cenzura. Nic innego. Pakiet Telekomunikacyjny odetnie nas wszystkich od dostępu do witryn niezależnych. Nie będzie nam potrzebne Google, skoro 90% linków, które wyszukamy z pomocą tej strony, nie będzie uwzględnione w naszym pakiecie Internetowym. To cenzura na skalę o wiele większą, niż to co wyprawia się z filtrowaniem globalnej sieci w Chinach! To próba zamknięcia nam wszystkim ust! To zamiar odcięcia ludzi od niezależnych, często o wiele bardziej rzetelnych od komercyjnych, źródeł informacji!

To wszystko oczywiście w imię naszej wolności i walki z tak niebezpiecznym społecznie przecież piractwem… Acha, i jeszcze z terroryzmem, kryzysem i świńską grypą…




12 kwietnia 2009 o godzinie 14:33. Kategorie: Polityka Zagraniczna, Prawo, UE

Szpieg w sieci www

Konstytucja RP gwarantuje w artykule 49 wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Wyjątki od tej reguły można dowolnie tworzyć w akcie normatywnym niższego rzędu – w ustawie. W rzeczywistości zapis ten, jest więc zupełnie martwy. Każdy rząd większościowy może bowiem dowolnie wyznaczać sytuacje, kiedy należy poddać społeczeństwo kontroli. Nawet masowo.

Dziś nie trzeba być przestępcą, by obawiać się o naruszenie swojej prywatności. W całej Unii Europejskiej zaczyna bowiem obowiązywać dyrektywa, w myśl której służby specjalne mogą zażądać od operatorów internetowych, szczegółowych danych na temat naszych sieciowych kontaktów. Jeśli zauważą coś podejrzanego, mogą wystąpić o dokładniejszą infiltrację Twojej osoby.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Twój kolega z podstawówki, którego numer gg masz w swoim komunikatorze, trafił do więzienia za narkotyki. Sędzia uznaje, że to już wystarczający powód, by gromadzić Twoje maile i prowadzić ciągły podsłuch Twoich rozmów prowadzonych za pośrednictwem Internetu. Czy popełniłeś jakieś przestępstwo? Nie. Ale i tak święte prawo do tajemnicy korespondencji zostaje w stosunku do Ciebie pogwałcone. I to zgodnie z nowymi przepisami, które rzekomo wymierzone są w fanatycznych terrorystów.

W Polsce wszystkie Unijne zalecenia i dyrektywy traktowane są jako niekwestionowalne, idealne rozwiązania, które bezdyskusyjnie trzeba wprowadzić w życie. Rzeczywistość pokazuje jednak, że wcale tak nie jest. Wszyscy chyba doskonale pamiętamy regulacje, które określały jak ma wyglądać ogórek, jakiego ma być koloru i wielkości…

Jak donoszą media, w Niemczech zgodność z prawem, omawianej tutaj dyrektywy, sprawdzi sąd. Szwecja natomiast całkowicie sprzeciwia się jej przyjęciu. I chyba tylko nasz rząd, pokornie jak baranek, zabrał się do pracy, by jak najszybciej uchwalić wymaganą nowelizację prawa telekomunikacyjnego. Bowiem bez zmian, które obecnie wprowadza nasz parlament, Unijne postanowienie stoi w niezgodzie z obowiązującym na terenie RP prawem.






w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
Obserwuj mnie na Twitterze!

Wczytywanie...




kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki: