Ku radości „lemingów” Platformie znowu rośnie. „Mohery” po raz kolejny plują na wszystkich wkoło. Krzyczą, że sondaże są zmanipulowane, a telewizja kłamie. Abstrahując od tej całej politycznej zawieruchy, postaram się w kliku zdaniach wyjaśnić, skąd biorą się tak zaskakująco dobre wyniki Platformy Obywatelskiej. I jak to możliwe, że nawet teraz, kiedy nieudolność rządu widać jak na dłoni, sondaże wskazują na wzrost notowań tej partii.
Weźmy trzech polityków PO: Janusza Palikota, Tomasza Tomczykiewicza i Jarosława Gowina. Zastanówmy się, jak wymienieni powyżej panowie – wszyscy pracujący w ramach jednej partii politycznej – komunikują się z elektoratem. Sprawą, która posłuży nam jako przykład, będzie warszawski konflikt o niedawno przeniesiony krzyż.
Palikot od pochówku prezydenckiej pary wysyła bardzo agresywny i przez to wyraźny komunikat. Wypowiedź w jego stylu ws. przeniesienia krzyża brzmiałaby mniej więcej tak:
Przeniesienie krzyża to za mało! Kaczyńskiego należy – mimo, że nie żyje – wyjąć z trumny i zabić go jeszcze raz. Tylko tym razem publicznie, tak żeby wszyscy widzieli jak to się stało. Tak aby każdy mógł zobaczyć, jak kończy się ten koszmar!
Tomczykiewicz, nowy – i jak mówią niektórzy: przypadkowy – przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, wypowiada się zdecydowanie bardziej stonowanie. W naszym zestawieniu jest człowiekiem środka. W przykładowej sprawie powiedziałby mniej-więcej tak:
Dobrze, że przeniesiono krzyż. To co się pod nim działo, godziło w uczucia religijne większości Polaków. Samo przeniesienie krzyża odbyło się godnie. Szkoda, że PiS i Jarosław Kaczyński doprowadzili do sytuacji, że trzeba było to robić w ukryciu, a nie uroczyście. Na szczęście wbrew tym przeszkodom udało się upamiętnić ofiary na tablicy przed Pałacem i w jego wnętrzu.
Natomiast poseł Gowin, uważany za jednego z najbardziej konserwatywnych polityków PO, mógłby nawet powiedzieć coś pocieszającego dla tzw. „obrońców krzyża”:
To bardzo przykre, że całość odbywała się w konspiracji, ale nie było innego sposobu. Ja bardzo współczuję tym ludziom, którzy tyle tygodni, a nawet miesięcy poświęcili na czuwanie pod krzyżem. I chciałbym ich przeprosić. Przeprosić w imieniu Jarosława Kaczyńskiego. Wiem, że on sam się na to nie zdobędzie, ale tym ludziom za wykorzystywanie ich wiary do politycznej walki po prostu należą się przeprosiny. Natomiast pomnik upamiętający te straszliwe wydarzenia z 10 kwietnia musi powstać i chciałbym zapewnić, że powstanie.
Polityka jest sferą, w której łączą się ze sobą wszelkie przejawy ludzkiej aktywności. To parlamentarzyści tworzą prawo, decydując przy tym, co nam – obywatelom – wolno, a czego robić nie możemy. Biorąc więc pod uwagę istotę polityki, kluczowym problemem staje się dobór odpowiednich, kompetentnych kadr.
W XXI wieku aspekt programowy odgrywa jednak rolę poboczną. Stanowi dodatek dopełniający i legitymizujący istnienie całości. Chociaż istotą władzy jest możliwość zmieniania prawa, to współcześnie niewiele osób zdaje się o tym pamiętać. Pełne idei i rozwiązań partie kadrowe zostały wyparte przez merytorycznie puste, ale nadzwyczaj skuteczne partie typu wyborczego.
Dla zwykłego obywatela oznacza to łatwiejszy dostęp i lepsze zrozumienie tego, co obecnie nazywamy „polityką”, a co w rzeczywistości stanowi jedynie kiepską projekcję jej prawdziwej natury, wytworzoną na potrzeby masowego odbiorcy. Dziś nikogo nie rozpala informacja o podwyżce podatków, zwłaszcza że została podana wraz z mętnymi obietnicami jej czasowego charakteru. Wielkie zainteresowanie wzbudziła za to, nieistotna z punktu widzenia interesów obywateli, wojna o krzyż w Warszawie.
Współcześnie sejmowe debaty oglądają niemal wyłącznie maniacy (tacy jak ja). Reszcie wystarczy serwis informacyjny, w którym kilkugodzinną dyskusję streszcza się w dwuminutowym materiale, z dziennikarskim komentarzem, wskazującym odbiorcy jak daną sprawę należy interpretować.
Sytuację tę doskonale rozumie premier Donald Tusk i jego polityczno-medialne zaplecze. Ważne, by dobrze wyglądać, mówić z dużą pewnością siebie, wygrywać językowe potyczki. Treść w polityce XXI wieku schodzi na dalszy plan. Chyba, że są to obietnice wyborcze, które zresztą wyjątkowo szybko ulatniają się z pamięci – tak rządzących, jak rządzonych.
W nowych okolicznościach nie potrafi odnaleźć się Prawo i Sprawiedliwość. A precyzyjniej - jego wpływowa część, z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele. Jak twierdzi Eryk Mistewicz, PiS uprawia XIX wieczną politykę. W tej tezie jest sporo racji.
Ludzie, którzy nie wierzą w teorię spiskową o zamachu na TU-154M, wyznają teorię jakoby do tragedii doprowadził telefonicznie Jarosław Kaczyński. Ewentualnie jego brat - Prezydent. Ta sytuacja doskonale ilustruje tezę, zgodnie z którą, przeciwległym skrajnościom jest do siebie zdecydowanie bliżej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Największa w Europie parada lesbijek i gejów już za nami. Wbrew wcześniejszym przewidywaniom kolorowe platformy grające głośną muzykę elektroniczną nie wzbudziły większego zainteresowania w kraju. Zwolennicy parady mimo to podkreślają, że cel został osiągnięty – tolerancja zatriumfowała. Czy aby na pewno?
By odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw dowiedzieć się, czym owa popularna „tolerancja” właściwie jest. Medialna definicja tego słowa ma się bowiem nijak do rzeczywistości. Dziennikarze i publicyści namawiając do tolerancji podkreślają konieczność akceptacji danych zachowań i zjawisk. A to dwie zupełnie różne sprawy. Słowo „tolerancja” wywodzi się z łacińskiego tolerantia – czyli "cierpliwa wytrwałość", a także od czasownika tolerare, który oznacza "wytrzymywać", "znosić", "przecierpieć".
Zgodnie z encyklopedyczną definicją, Polacy rzeczywiście – przecierpieli Europride. Nie oznacza to jednak, że sama impreza pomogła w rozwijaniu postawy „nie podoba mi się, ale nie będę podejmował działań przeciwko”. I nie chodzi tutaj o występowanie kontrmanifestacji ze strony środowisk narodowych, bo te – w przypadku manifestowania tak skrajnych zachowań – są rzeczą niemal naturalną.
„Skrajne zachowania? Od kiedy to związki homoseksualne są czymś skrajnym?! Przecież już w starożytności…” – mógłby się ktoś oburzyć po przeczytaniu powyższego akapitu. Nie dotyczy on jednak par złożonych z osób tej samej płci, a samej parady która odbyła się w sercu Warszawy.
W 1963 roku japoński badacz Tadao Umesao ukuł termin „społeczeństwo informacyjne”. W dużym skrócie koncepcja ta zakłada, że wraz z rozwojem nowoczesnych metod komunikowania masowego (a zwłaszcza telewizji), ludzie będą stopniowo odchodzić od tradycyjnych form pozyskiwania informacji, a swoją wiedzę o świecie czerpać będą z mediów.
Teoria Umesao jest obecnie naszą codziennością. Przeciętny obywatel pozyskuje informacje z serwisów telewizyjnych, czy stacji typu TVN24, TVP INFO czy Polsat NEWS. Zagląda też do Internetu, coraz rzadziej sięga po prasę, która była głównym źródłem wiadomości dla naszych dziadków.
Na przestrzeni lat zmienił się jednak nie tylko kanał przekazu informacji z kraju i świata do obywateli. Zmienił się też charakter samego dziennikarstwa. Zawód kojarzony kiedyś ze służbą społeczną, dziś jawi się raczej jako służba interesom ekonomicznym i politycznym wydawcy. Proces ten postępuje we wszystkich krajach, w których mamy do czynienia z wolnością słowa i kapitalistycznym systemem rządów, jednak szczególnie widoczny jest na przykładzie Polski – gdzie kolejne gabinety zdają się nie zauważać problemu manipulowania przekazem społecznym.
Można powiedzieć, że własność prywatna w sferze informowania doprowadziła do prywatyzacji samej informacji. Doszło do procesu, w którym fakty poddawane są rygorom gospodarki wolnorynkowej, prawom ekonomii i biznesu. Wydarzenia przekształcane są w produkty, których głównym celem NIE JEST uczciwość czy rzetelność względem odbiorcy, ale dobry wynik finansowy i wysoka sprzedaż.
Dobry menager wie, że każdy produkt, jeśli ma zostać sprzedany, musi zostać wypozycjonowany i dostosowany do wymagań konkretnego odbiorcy. Dlatego na łamach „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” o jednym i tym samym wydarzeniu możemy przeczytać dwie zupełnie różne relacje. Odwołując się do klasycznego przykładu: dla dziennikarzy Wyborczej IV RP to tylko puste, populistyczne hasło, za którym kryje się agresja, arogancja i zapędy autorytarne Jarosława Kaczyńskiego; dla publicystów Rzeczpospolitej – IV RP to poważny projekt politycznej przebudowy kraju, realizowany w trudnych okolicznościach, w sposób nieco nieporadny.
Tak odmienne interpretacje nie powinny nikogo dziwić – odpowiednie przedstawienie faktów zapewnia sprzedaż na zakładanym poziomie w określonej grupie społecznej. Prasa i telewizje mają swoich odbiorców i – znając ich cechy – dostosowują swój przekaz pod gust konsumentów. Nieważne staje się, kto ma rację i jak było naprawdę. Istotny jest zysk.
Tym razem będę się chwalił. Po napisaniu pracy dyplomowej, wchłonięciu 120 stron notatek, udało się - obroniłem licencjata z politologii! Przez najbliższe kilka dni będę świętować, później wrócę do standardowej aktywności na joggerze.
W tym kraju nigdy nie będzie dobrze. Każda kolejna ekipa rządząca jest gorsza od poprzedniej. Kiedyś to było lepiej, ale teraz…
Założę się, że każdy słyszał kiedyś takie lub podobne żale, wylewane przy okazji rozmów natury politycznej. Zazwyczaj trudno jest nam udzielić na nie jakiejś konkretnej i sensownej odpowiedzi. Możemy zaprzeczać, ale kiedy przejrzymy archiwalne materiały sprzed ok. 15 lat, to nasze uczucia zazwyczaj bywają mieszane.
Wiadomo, politycy reprezentowali wtedy zupełnie inny poziom. Rządy były niestabilne, partyjnym przywódcom brakowało ogłady i obycia, a na sejmowych korytarzach każdy mógł sobie swobodnie zapalić papierosa. I chociaż przemówienia były mniej dyplomatyczne, a twarze części polityków bardziej zakazane, to było w tym coś, czego współcześnie brakuje.
Mianowicie – ci ludzie byli prawdziwi. W o wiele większym stopniu niż dzisiaj. Oburzony i wykrzykujący płomienne zdania Kuroń nikogo nie dziwił. Palikot przy nim, to niedoświadczony amator z niewielkimi pokładami odwagi. A jednak dzisiaj wystarczy wypowiedzieć szeptem nieparlamentarne słowo, napić się publicznie wódki czy stwierdzić, że jest się z SLD, by wywołać mały, polityczny skandal.
Oczywiście nie twierdzę, że kilkanaście lat temu politycy zachowywali się w pełni naturalnie, ani nie chcę tutaj wybielać osoby Palikota – co do którego moje zdanie czytelnikom tego bloga jest raczej znane. Rzecz w tym, że w owych czasach polityka była traktowana jako pole walki personalnej, czasami nawet ideowej. Polityka była polityką. Brudną, jak to mamy w zwyczaju, ale spontaniczną.
Dziś mamy marionetkowych posłów. Premier bardziej niż szefem rządu, jest aktorem. Wszystkie zachowania są wyważone, zawsze ma się na względzie medialny odbiór swoich czynów. Niestety, to co wygląda poprawnie w telewizji, nie zawsze jest takie dobre w prawdziwym życiu. Praktyka parlamentarna stała się jednak sprawą drugoplanową. Na pierwszej linii walki o wyborców stanęli oni – specjaliści od politycznego marketingu.
Lech i Maria Kaczyńscy spoczęli dziś na Wawelu. Ich ziemska droga dobiega końca, a wraz z nią okres żałobny. Zapewne już od poniedziałku polityka rozgorzeje na całego. PiS i SLD są pozbawione kandydatów na najwyższy urząd w państwie, a pozycja PO nie jest już tak pewna jak jeszcze przed dwoma tygodniami.
Katastrofa w Smoleńsku – w sensie politycznym - nie była na rękę nikomu. Nawet PO ucierpiało na śmierci głowy państwa. Lech Kaczyński był bardzo wygodnym kontrkandydatem dla Bronisława Komorowskiego. Można było standardowo wyśmiać jego niski wzrost, słynne już przejęzyczenia typu „irasiad” czy „Roker Płerejro”, bądź po prostu nazwać go ksenofobem. W takiej sytuacji zwycięstwo kandydata PO było niemal pewne.
Tragiczna śmierć prezydenta zmieniła jednak wszystko. Media w przeciągu kilku minut zmieniły podejście do Lecha Kaczyńskiego. Stworzono mu wizerunek bohatera: patriota, odważny człowiek, wybitny polityk, najlepszy prezydent, kochający mąż i ojciec… To tylko niektóre z określeń, jakie przylgnęły do Kaczyńskiego w ciągu ostatniego tygodnia.
Taka opinia o byłym prezydencie znakomicie wzmacnia pozycję PiS-u i ich przyszłego kandydata. Gdyby w wyborach wystartował sam Jarosław Kaczyński, to śmiem twierdzić, że na fali współczucia i tragicznej śmierci brata, zbudowałby poparcie wystarczające do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Pytanie: czy będzie w stanie wziąć udział w tym wyścigu?
Ministerstwo Finansów oficjalnie wycofało się z pomysłu wprowadzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Miał to być efekt spotkania przedstawicieli internautów z premierem. Debata ta wzbudziła liczne kontrowersje w kwestii jej organizacji. Nie mniej jednak – najważniejszy był ostateczny rezultat.
Tusk oświadczył, że Rejestru nie będzie. Dziennikarze i internauci ogłosili sukces. Ja jednak uważnie wsłuchiwałem się w głosy płynące z ust premiera i zwracałem uwagę, że Tusk ostentacyjnie twierdził, iż wcale nie został przekonany co do słuszności argumentów wysuwanych przez internautów.
Dzisiaj okazuje się, że moje przypuszczenia były słuszne. Wiceminister finansów Jacek Kapica domaga się wprowadzenia prawa, które doprowadzi w konsekwencji do urzeczywistnienia cenzury w sieci. Chodzi o list, jaki Kapica skierował do Macieja Berka, szefa rządowego centrum legislacyjnego i Michała Boniego, szefa doradców premiera Tuska. Wiceminister finansów wnioskuje w nim o utworzenie rozwiązania prawnego, które umożliwi blokowanie dostępu do określonych domen na podstawie wyroku sądowego. Koszty nałożenia takiej blokady spadłyby oczywiście na operatorów sieci. Ci z kolei przenieśliby je pewnie na odbiorcę końcowego – czyli każdego z nas. W efekcie otrzymamy częściowo ocenzurowaną sieć za wyższą cenę. Iście polskie rozwiązanie.
Jak można było usłyszeć w dzisiejszym wydaniu "Faktów", Platforma Obywatelska i Tusk chcą przyznać 16 latkom czynne prawo wyborcze. Ten zabieg zdecydowanie zwiększy procentowe poparcie dla PO - dzieciaki nie będą głosować w oparciu o racjonalne przesłanki, a raczej wyrażą swoje sympatie przez pryzmat podstawowych uczuć, którymi doskonale steruje nowoczesna machina propagandowa, znana szerzej jako Public Relations czy Idea Placement. W połączeniu ze zmianą godzin, w jakich odbywają się wybory (od godziny 8:00, a nie jak dawniej od 6:00 - eliminacja moherowego elektoratu wracającego z porannej mszy) machinacja ta ma zagwarantować PO "swojego" prezydenta oraz konstytucyjną większość w nowej kadencji.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|