
Nie wiem na kogo głosować 7 czerwca. Nadchodzące wybory, to ważna sprawa, bowiem Unia Europejska nie zajmuje się już tylko regulacjami dotyczącymi banana i marchewki. Współcześnie zakusy europarlamentarzystów, objętych w Brukseli mniejszą kontrolą niż na rodzimym podwórku, zataczają coraz bardziej niebezpieczne kręgi.
W ostatnich tygodniach ważyły się losy Pakietu Telekomunikacyjnego. Cała sprawa przycichła, ale bez wątpienia wróci – po wyborach. W nowej kadencji czeka nas zresztą więcej atrakcji – m.in. zastąpienie informacji o mocy żarówek – z „wat” na „lumeny” i kolejna bitwa o Traktat Lizboński.
Zwłaszcza ta ostatnia kwestia jest dla mnie paląca. W Polsce brak prawdziwych przeciwników Konstytucji Europejskiej. Jedyna dyskusja, jaka toczy się wokół tego dokumentu, dotyczy kwestii moralnych – Boga, homoseksualistów, aborcji, eutanazji, etc. Od czasu do czasu pojawia się wątek suwerenności. Nikt jednak nie jest w stanie go omówić w sposób przystępny. Przynajmniej publicznie.
Cała rzecz w tym, że współcześnie nie istnieje coś takiego jak „Unia Europejska”. Stan prawny jest w tej kwestii jednoznaczny. Traktat z Maastricht zawiera jedynie stwierdzenie, że strony ratyfikujące go „wyrażają wolę utworzenia Unii Europejskiej”. Wola ta zostaje dopełniona w Traktacie Konstytucyjnym:
„Zainspirowana wolą obywateli i państw Europy zbudowania wspólnej przyszłości, niniejsza Konstytucja ustanawia Unię Europejską, której Państwa Członkowskie przyznają kompetencje do osiągnięcia ich wspólnych celów.”
Przez obowiązujące dziś dokumenty, UE nie posiada osobowości prawnej i musi się posiłkować takimi ciałami jak Komisja Europejska, zamiast ustanowić jednego, wszechwładnego „Prezydenta Europy”. Ratyfikacja Lizbony ma to zmienić. Dlatego czołowi politycy Europejscy tak usilnie zabiegają o zaakceptowanie tego traktatu. Faktem jest bowiem, że o władzę w nowym państwie w rzeczywistości ubiegać się będą mogli tylko najzagorzalsi euroentuzjaści. Reszta nie będzie miała szans.

Konstytucja RP gwarantuje w artykule 49 wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Wyjątki od tej reguły można dowolnie tworzyć w akcie normatywnym niższego rzędu – w ustawie. W rzeczywistości zapis ten, jest więc zupełnie martwy. Każdy rząd większościowy może bowiem dowolnie wyznaczać sytuacje, kiedy należy poddać społeczeństwo kontroli. Nawet masowo.
Dziś nie trzeba być przestępcą, by obawiać się o naruszenie swojej prywatności. W całej Unii Europejskiej zaczyna bowiem obowiązywać dyrektywa, w myśl której służby specjalne mogą zażądać od operatorów internetowych, szczegółowych danych na temat naszych sieciowych kontaktów. Jeśli zauważą coś podejrzanego, mogą wystąpić o dokładniejszą infiltrację Twojej osoby.
Wyobraźmy sobie taką sytuację: Twój kolega z podstawówki, którego numer gg masz w swoim komunikatorze, trafił do więzienia za narkotyki. Sędzia uznaje, że to już wystarczający powód, by gromadzić Twoje maile i prowadzić ciągły podsłuch Twoich rozmów prowadzonych za pośrednictwem Internetu. Czy popełniłeś jakieś przestępstwo? Nie. Ale i tak święte prawo do tajemnicy korespondencji zostaje w stosunku do Ciebie pogwałcone. I to zgodnie z nowymi przepisami, które rzekomo wymierzone są w fanatycznych terrorystów.
W Polsce wszystkie Unijne zalecenia i dyrektywy traktowane są jako niekwestionowalne, idealne rozwiązania, które bezdyskusyjnie trzeba wprowadzić w życie. Rzeczywistość pokazuje jednak, że wcale tak nie jest. Wszyscy chyba doskonale pamiętamy regulacje, które określały jak ma wyglądać ogórek, jakiego ma być koloru i wielkości…
Jak donoszą media, w Niemczech zgodność z prawem, omawianej tutaj dyrektywy, sprawdzi sąd. Szwecja natomiast całkowicie sprzeciwia się jej przyjęciu. I chyba tylko nasz rząd, pokornie jak baranek, zabrał się do pracy, by jak najszybciej uchwalić wymaganą nowelizację prawa telekomunikacyjnego. Bowiem bez zmian, które obecnie wprowadza nasz parlament, Unijne postanowienie stoi w niezgodzie z obowiązującym na terenie RP prawem.

Stało się. Ukraińskie długi gazowe wobec Rosji doprowadziły do destabilizacji bezpieczeństwa energetycznego w Europie. Największe problemy z dostawą gazu z Rosji (poza Ukrainą oczywiście) ma Turcja, Bułgaria, Grecja, Węgry, Chorwacja, Macedonia i Bośnia – kraje te są zupełnie odcięte od dostaw cennego surowca z największego państwa świata. Włochy, Austria i Słowenia doświadczają znacznego zmniejszenia przesyłu – otrzymują bowiem ok. 10% codziennej dostawy. Czechy są w nieco lepszej sytuacji z 25% tranzytem, Rumunia ze Słowacją mają 30% planowanych dostaw. Niemcy tylko nieznacznie odczuły brak Rosyjskiego gazu, albowiem spadły one w tym kraju jedynie do 89%. Natomiast Polska, dzięki przesyłowi przez Białoruś, straciła tylko 10% dziennych dostaw.
Słowacja, chociaż wcale nie jest w najgorszej sytuacji, ogłosiła gospodarczy stan wyjątkowy. Budapeszteńskie lotnisko ogrzewane jest olejem opałowym, także Mołdawia przekształca swoje elektrociepłownie na mazut. Wszystko po to, by ograniczyć ilość zużywanego surowca.
Ukraina natomiast śpi spokojnie, oskarżając się wzajemnie z Rosją o zatrzymanie dostaw gazu do Europy. Według Rosji, to strona Ukraińska zamknęła tunele przepływowe dla dostaw z Rosji. Dlatego też gaz nie dociera do Europejskich partnerów przez wszystkie połączenia przechodzące przez Ukrainę. Rosjanie twierdzą nawet, że sami nie posiadają fizycznej możliwości odcięcia dostaw, bowiem wszystkie kurki dla tej linii przesyłowej znajdują się na terytorium Ukrainy.
Kraj po pomarańczowej rewolucji twierdzi jednak, że jest dokładnie odwrotnie. To Rosjanie ponoszą odpowiedzialność za kryzys gazowy, bowiem to oni wstrzymali dostawy do Ukrainy i przez Ukrainę.
Sytuacja jak widać jest więc skomplikowana i trudno wierzyć komukolwiek na słowo. Oczywiście w Polsce występować będzie tendencja natychmiastowego obwiniania Rosji. Nie mniej jednak warto się zastanowić, co każda ze stron zyskuje na obecnej sytuacji.

Izrael kontynuuje swoją ofensywę w Strefie Gazy. Wstępem, do trwającej w chwili pisania przeze mnie tych słów, akcji lądowej – wbrew słowom wiceministra obrony Izraela Matan’a Vilnai – był ostrzał artyleryjski. Po ośmiu dniach konsekwentnego bombardowania Palestyńczyków zapadła decyzja o wprowadzeniu żołnierzy. Koniecznym zabiegiem przed ową operacją było ostrzelanie terenów przemarszu wojsk, w celu eliminacji zagrożenia ze strony licznych min.
Świat patrząc na coraz silniej zaogniającą się sytuację na Bliskim Wschodzie przyklaskuje Izraelowi, nazywając jego militarne manewry przywracaniem pokoju, tudzież akcją defensywną. Tego pierwszego określenia zwykła używać Tzipora Liwni – obecnie Pierwsza Wicepremier Izraela oraz Minister Spraw Zagranicznych, a dawniej Minister ds. absorpcji imigrantów i agentka Mossadu. O defensywie mówi w imieniu całej Unii Europejskiej Jiri Potuznik.
Nie mniej jednak za tymi neutralnymi, a czasem nawet i pozytywnymi nazwami kryje się okrutna prawda. Izrael wysyła do Strefy Gazy wojska, których zadaniem jest mordować. Zabijać. Niszczyć. Wojna, którą wywołał Izrael, opiera się na destrukcji. Jak zresztą każdy militarny konflikt. Hamas nie przedłużył pokoju z państwem żydowskim w dniu wygaśnięcia poprzedniej ugody. Ten jakże zbrodniczy czyn stał się pretekstem do użycia bomb, pocisków i rakiet.
Propagandowa maszyna Izraela nie wstydzi się czynów swoich żołnierzy. Stara się pokazać światu, że mordowanie ludzi to szlachetny sposób na zaprowadzenie pokoju. Na YouTube można zobaczyć jak dzielni, opancerzeni Żydzi, mordują jakże groźnych – a jednak w większości przypadków zupełnie bezbronnych „terrorystów”. Niestety, jak donoszą organizacje obrony praw człowieka działające w Strefie Gazy - B'tselem i Mazan, Izraelskie wojsko zamieszcza także nagrania z morderstw dokonanych na zwykłych cywilach, którzy później nazywani są przez żydowską propagandę bojownikami Hamasu.
Nie dajmy się więc zwieść. Pamiętajmy, że rząd Izraela zapowiada „wielodniową operację”. Co po przełożeniu z dyplomatycznego na polski oznacza, że Żydzi będą mordować na Bliskim Wschodzie przez dłuższy czas. Przy biernej akceptacji UE, USA i NATO…

Palestyna. Od początku XX wieku jest miejscem okupacji, ciągłych walk i politycznych targów. Po I wojnie światowej, ta kolonia zarządzana przez Trójprzymierze, przeszła do rąk Wielkiej Brytanii, która od tej pory była jej mandatariuszem. Sytuacja zmieniła się w roku 1947. Nie oznacza to jednak wolności dla Palestyńczyków. 29 listopada 1947 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło projekt podziału tego terenu na dwie części – żydowską i arabską. Współcześnie Palestyna odnosi się głównie do państwa Izrael i okupowanych przez ten kraj terytoriów, takich jak Autonomia Palestyńska.
Okupacja to słowo-klucz do zrozumienia sytuacji na Bliskim Wschodzie. Deklaracja niepodległości Izraela z 14 maja 1948r., wygłoszona w Tel Awiwie, jest źródłem wszystkich konfliktów w tym regionie. Wojny Żydowsko-Arabskie, inwazja na Egipt w 1956r., wojna szcześciodniowa, czy też militarne zaangażowanie w konflikt Libański, doprowadziły w 1987r. do wybuchu Pierwszej Intifady (Intifada to inaczej powstanie narodów Palestyny przeciw Izraelskiej okupacji ich ziem na masową skalę).
My, Polacy, znamy z historii ból okupacji i bezprawnego zagarnięcia narodowego terytorium przy międzynarodowym aplauzie. Wiemy, że każdy najeźdźca stara się dokonać na nowym terenie naturalizacji miejscowych, likwidując (poprzez eksmitowanie bądź eksterminację) co bardziej oporne jednostki. Zadajmy więc sobie pytanie – czy gdyby to z naszych terenów ONZ, bądź dawna Liga Narodów, postanowiły utworzyć nowe państwo – czy zgodzilibyśmy się na to potulnie?
Pamiętamy przecież Polskie Powstania Narodowe. Zawsze w obliczu kryzysu i zagłady naszej narodowości byliśmy gotowi stanąć twarzą w twarz nawet z niewyobrażalnie potężniejszym przeciwnikiem. Nie uciekaliśmy z terenów nam odebranych. Wręcz przeciwnie – mężnie walczyliśmy o ich jak najszybsze odzyskanie. Otuchę w nieraz beznadziejnej sytuacji dawała nam wiara katolicka (którą później na terenie powojennej Polski zlikwidować chciała partia komunistyczna)...

Rok 1962. Zimna wojna. USA wykrywa, że ZSRR rozmieściło na terenie Kuby pociski rakietowe średniego zasięgu. Potencjalnie zagrażały one terenowi Stanów Zjednoczonych. „Wolny świat” się oburzył. Jak można prowokować w ten sposób nuklearny konflikt? – pytano. Jednak ci sami, zbulwersowani wtedy ludzie, wcześniej skromnie milczeli, gdy podobne rakiety USA rozmieszczało w Turcji , szachując w ten sposób Związek Radziecki.
Historia zimnowojennej spirali konfliktu zatacza obecnie koło. Tzw. „tarcza antyrakietowa”, lub jak kto woli „broń defensywna”, to w istocie zabieg mający na celu zdobycie militarnej dominacji USA. Operacja ta, jest starym, odgrzewanym ponownie kotletem. Niesmacznym, wręcz obrzydliwym kawałkiem zimnego mięsa. Jest pożywką wojny i prowadzi do odradzania się dawnych napięć. Jeśli w Polsce – w bezpośrednim sąsiedztwie Rosji – rozmieszczone zostaną głowice kinetyczne, to nasi wschodni (jeszcze) partnerzy zostaną zmuszeni do odpowiedzi na te działania. Tym bardziej, że wysocy rangą wojskowi sceptycznie podchodzą do skuteczności tego projektu, jako przedsięwzięcia defensywnego.
Najgorsze jest jednak to, że dopiero odpowiedź Rosji oburzy „wolnych ludzi”. A raczej owe zbulwersowanie zostanie im nakazane za pośrednictwem światowej propagandy. W tej dziedzinie USA osiągnęło niestety globalne mistrzostwo...

Rosja wybiera. Putin od dłuższego już czasu krzyczy o powrocie złego. W kampanii Jedna Rosja zaprezentowała cały zbiór wrogów kraju, którzy chcą doprowadzić największe państwo na świecie do ruiny. Wymieniano tu m.in. opozycję, USA ze swoją tarczą, cudzoziemców...
Przed wyborami zmieniono ordynację wyborczą, m.in. podnosząc próg poparcia pozwalający partii na wejście do parlamentu. Ma to na celu eliminację i tak przecież słabej i nieudolnej opozycji.
Prezydent, korzystając z przysługującego mu prawa do orędzia narodowego, zrobił reklamę swojej partii za darmo i bardzo skutecznie.
Cała kampania Putina to w istocie straszenie ludzi, że głos na opozycję, równa się głosowi za starym ładem. To opowiedzenie się za porządkiem znanym z lat 90, kiedy to władzę sprawował Borys Jelcyn, a w kraju panował chaos, korupcja i ogólny brak pomyślności.
Służby specjalne poza tłumieniem antykremlowskich zgromadzeń, w blasku fleszy aresztowały i zatrzymywały przedstawicieli opozycji. W ten sposób udowadniając, że opozycja to zło, a jej członkowie to nicponie i huncwoty.
Całość została przyprawiona wygłoszonym przez Putina zdaniem:
„Znamy wartość prawdziwej demokracji”
Brzmi znajomo?

Gdy usłyszałem, że partia która doprowadziła do zdezawuowania pojęć „prawo” i „sprawiedliwość”, nie zgadza się na wjazd obserwatorów OBWE na czas wyborów do Polski, pomyślałem, że to wynik zaściankowości polityków tego ugrupowania. Być może chodzi o to, by pokazać walkę o naszą suwerenność, tak jak w przypadku sprzeciwu wobec europejskiego dnia przeciw karze śmierci – sądziłem. Elektorat PiS-u to przecież lubi, a poza tym przejęcie części wyborców LPR i Samoobrony również zobowiązuje. O demokratyczny przebieg wyborów byłem więc spokojny...
Do czasu.

Gdybym był francuzem, przeczytałbym dziś o kryzysie systemu w Polsce. Dowiedziałbym się, że polski reżim znalazł się w kryzysie i chyli się ku upadkowi, a wijąca się w konwulsjach partia rządząca wykrzykuje hasła, które doprowadziły ją do władzy: „układ”, „niebezpieczeństwo dla partii”, „postkomuniści”. Moja codzienna prasa poinformowałaby mnie, że najlepszą radą dla Polaków, którzy cierpią na wojnie w ramach partii rządzącej, jest ucieczka.

Pod jakże szczytnym pretekstem, władze najbardziej znanego na świecie portalu internetowego – Yahoo.com, postanowiły ograniczyć wolność słowa gnębionych przez system chińczyków. Powodem podjęcia decyzji w sprawie „obrony interesów Państwa chińskiego”, jest chęć wytworzenia „odpowiedniej atmosfery medialnej” na czas XVII kongresu Komunistycznej Partii Chin.
Ostatni bastion komunizmu ma więc o wiele większą moc, niż ta którą zapewnia prężna gospodarka. Od teraz bowiem, blogowicz, który będzie szkodził interesowi Chin (napisze, że komunizm/polityk/osoba zaprzyjaźniona jest do...), zostanie wytropiony i odpowiednio (co wcale nie znaczy „sprawiedliwie”) ukarany. A to wszystko dzięki donosom, które na swoich użytkowników składać będzie m.in. Yahoo.
Z drugiej strony można mieć nadzieję, że decyzja ta, była podyktowana chęcią bezproblemowego działania na odległym rynku, a praktyka zweryfikuje stosunek właścicieli portalu do podpisanego kodeksu.
Muszę jednak wspomnieć, że przy zaznajamianiu się z tą sprawą, miałem nieodparte wrażenie, że sposób pojmowania interesu Państwa w Chinach, jest dziwnie podobny do tego, którym wykazują się bracia rządzący w środkowej europie, jak również ich prawicowi konkurenci z PO. Na szczęście na starym kontynencie panuje inny system. Nie narzekajmy więc na niego. Zwłaszcza w Internecie.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|