01 lipca 2011 o godzinie 20:53. Kategorie: Polityka Zagraniczna, UE, Uroczystości

Udanego świętowania! – tak pożegnał się z widzami „Faktów TVN” prowadzący Kamil Durczok. Powodem do nocnych szaleństw Polaków ma być oczywiście przejęcie prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Bo przecież, jak zapewniają zgodnie politycy obozu rządzącego, to dzień na który wszyscy czekaliśmy od lat.

Ja nie czekałem i zapewne 99% Polaków również nie. Nawet ci, którzy myślą dziś inaczej, uważają że wreszcie nadszedł ten wyczekiwany dzień naszej nobilitacji w Unii Europejskiej, pewnie jeszcze rok czy nawet parę miesięcy temu nie mieli pojęcia kiedy, dlaczego i po co przejmujemy prezydencję.

Większość nie wiedziała nawet czym owa prezydencja jest. Ba, jeszcze przed kilkoma tygodniami z ust dziennikarzy można było usłyszeć, że w lipcu staniemy na czele Unii Europejskiej, Rady Europejskiej czy nawet… Rady Europy. Powszechna nieumiejętność rozróżnienia tych organów doskonale obrazuje poziom wyczekiwania na polską prezydencję. Tak w kraju, jak i w Europie.

Wbrew zapewnieniom rządu nasze przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej nie jest żadnym wyróżnieniem. Prezydencję obejmuje bowiem raz na jakiś czas każde państwo członkowskie UE. W systemie rotacyjnym kraje zmieniają się na tym stanowisku. Przed nami Radzie UE przewodniczyły Węgry, przed nimi Belgia, a jeszcze wcześniej Hiszpania. Niemcy przewodniczyli Radzie UE już 12 razy. My dopiero debiutujemy.

I może dlatego – poza pobudkami czysto propagandowymi – robimy z tego wydarzenie niemal epokowe. Prawda jest jednak taka, że z prezydencją jest trochę jak ze sprzątaniem klatki schodowej w blokowiskach. Zazwyczaj jest tak, że mieszkańcy dzielą się tym obowiązkiem. W tym tygodniu posprząta Kowalski, w następnym Nowak, a potem podłogę będzie mył Jabłoński. I tak w kółko. Dzięki temu klatka jest czysta, a lokatorzy bardziej wypoczęci, niż gdyby każdy miał co tydzień sprzątać swój kawałek podłogi. Analogicznie jest z prezydencją w Radzie Unii Europejskiej.

Tyle tylko, że my do naszej zmiany podchodzimy nadzwyczaj hucznie. Kilka dni przed wyznaczoną datą dzwonimy do całej rodziny, zapraszamy na uroczysty wieczór i świętowanie. Przygotowujemy wielką uroczystość, która po spożyciu większej ilości alkoholu przekształca się w zwyczajną balangę do białego rana.

Następnego dnia może się jednak okazać, że obudzimy się późnym popołudniem, z wielkim trudem ubierzemy elegancki strój i na silnym kacu, z krzywo zawiązanym krawatem wyjdziemy na klatkę schodową. Nie przejmując się wzrokiem zniecierpliwionych sąsiadów, których nasza opieszałość zmusiła do brudzenia sobie butów na nieumytych schodach, staniemy dumnie i w ten oto sposób rozpoczniemy naszą wartę. Naszą prezydencję.

Obyśmy tylko nie zapomnieli o wiaderku z wodą i ścierce.




02 maja 2011 o godzinie 21:01. Kategorie: Kultura, Polityka Zagraniczna, Śmierć, Wojna

W Waszyngtonie i w Nowym Jorku wybuchła euforia. Osama bin Laden (a właściwie Usama ibn Ladin) nie żyje. Informacja podana przez administrację Obamy wywołała falę niepohamowanej radości. Amerykanie czekali na głowę najbardziej rozpoznawalnego terrorysty na świecie już prawie 10 lat.

Urzędnicy z Białego Domu nie kryją się ze swoimi intencjami – celem misji było zabicie ibn Ladina, nie jego pojmanie – mówią bez zbędnej kurtuazji dziennikarzom. Prezydent USA, wraz z przywódcami innych państw Zachodu, „cieszy się, że zatryumfowała sprawiedliwość”. Nasi czołowi politycy – Prezydent, Premier i szef MSZ zgodni byli dziś zwłaszcza w jednym punkcie – śmierć Usamy ibn Ladina to znak, że sprawiedliwość dosięgnie każdego.

Czy jednak aby na pewno strzelenie innemu człowiekowi – jaki by on nie był – za przeproszeniem, „w łeb”, to sprawiedliwość? Od kiedy cywilizacja zachodnia uznaje brutalny, krwawy i bezwzględny samosąd za akt sprawiedliwości? Przecież do niedawna symbolem cywilizowanego rozliczania win była sala sądowa. Zasłużyli na nią członkowie SS osądzeni przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, a także Saddam Hussajn, dyktator Iraku, stracony po trwającym wiele miesięcy procesie.

Na sprawiedliwość nie zasłużył jednak Usama ibn Ladin. Chociaż wszyscy najważniejsi politycy Zachodu zarzekają się, że zabicie tego terrorysty to „sukces”, to jednak z punktu widzenia rozwoju naszej cywilizacji, wydarzenie to jawi się jako gigantyczny krok wstecz. Strzał w głowę, bez procesu, bez udowodnienia winy i pospieszne zatopienie zwłok w bliżej niezidentyfikowanym miejscu na morzu, nie jest bowiem aktem sprawiedliwości, a jedynie krwawym i bezwzględnym rewanżem.

Czym różnią się tłumy ludzi palące zdjęcie znienawidzonego ibn Ladina, od tłumów podpalających amerykańską flagę czy kukłę prezydenta USA? Czy naprawdę chcemy podążać w tym kierunku? Czy rzeczywiście chcemy iść drogą na której sprawiedliwością nazywa się strzelenie winnemu w łeb, bez procesu, bez udowodnienia jego zbrodni? Na końcu tej drogi znajduje się najpewniej świat, który łatwiej nazwalibyśmy dziś pustynią na Bliskim Wschodzie, niż cywilizowaną zachodnią metropolią. Uważajmy więc z wiwatowaniem.




17 kwietnia 2010 o godzinie 18:17. Kategorie: L. Kaczyński, Media, Polityka Zagraniczna, Wojna

Lech Kaczyński jako jeden z nielicznych odważył się w listopadzie 2008 roku odwiedzić Gruzję, która w owym czasie toczyła regularną wojnę z Federacją Rosyjską. Konflikt dotyczył separatystycznie nastawionej Osetii Południowej. Rosyjskie wojska wkroczyły na sporne terytorium, bombowce zrzucały swoje śmiertelne ładunki na miejscowości i bazy lotnicze położone pod stolicą Gruzji – Tbilisi. To wojna! – krzyczeli z przerażeniem gruzińscy przywódcy.

Konwój, w którym Lech Kaczyński podróżował z prezydentem Micheilm Saakaszwilim, został ostrzelany. Samochody kierowały się w stronę granicy z Osetią Południową, na drodze miał stanąć im lada chwila rosyjski punkt kontrolny.

Na szczęście nikomu nic się nie stało. Już jednak sam fakt otwarcia ognia do głowy państwa oznaczałby w ogromnej większości przypadków gigantyczny skandal i bardzo poważny kryzys. Gdyby ostrzelano konwój z Merkel, Sarkozym, czy Brownem, w ich rodzimych krajach oburzeniu nie byłoby końca. Najprawdopodobniej murem za nimi stanęła by cała UE. Polska zapewne wsparłaby sojuszniczy kraj jako jedna z pierwszych na świecie.

Gdyby komuś przyszło do głowy, by ostrzelać konwój z prezydentem USA – Obamą czy Bushem – Stany Zjednoczone najprawdopodobniej ogłosiłyby stan wojny, dopisując do słynnej listy „osi zła” nowe państwo.

Niestety, incydent dotoczył Lecha Kaczyńskiego. Polskiego Prezydenta nikt nie potraktował poważnie. Ynteligencja ze „Szkła Kontaktowego” oburzyła się, że kule nie sięgnęły celu. Skoro nic się nie stało, można było swobodnie i z charakterystyczną pogardą pośmiać się z „Kartofla”. Zupełnie bagatelizując przy tym powagę sytuacji.

Bronisław Komorowski, obecny kandydat PO na prezydenta, komentował wtedy całą sprawę tak:

Jeżeli zamach, to powiedziałbym: Jaka wizyta, taki zamach… Jeżeli z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera. Więc… raczej wygląda to na coś bardzo niepoważnego, a przykrego, bo stawiającego polskiego prezydenta w dość niezręcznej sytuacji.

Media szybko ogłosiły, że do prezydentów Polski i Gruzji strzelali… sami Gruzini. Po fali oburzenia, która przeszła przez niektóre środowiska, także polityczne, Gazeta Wyborcza wzięła marszałka sejmu w obronę, tłumacząc jego słowa tak:

Komorowski tłumaczył przecież we wtorek, że używał ironicznego języka, który rozumieją ludzie inteligentni.

Chwilę później podniosły się głosy oburzenia, że przez to, że doszło do ostrzelania konwoju, pogorszą się nasze relacje z Rosją. Zarzucano Kaczyńskiemu, że dał się wykorzystać Gruzji i Saakaszwiliemu.

Nikt nawet słowem nie napomniał, że cała sytuacja była na tyle poważna, że mogła nawet doprowadzić do wojny (gdyby kule trafiły w cel). Nikt nie współczuł Lechowi Kaczyńskiemu, a w programie pana Miecugowa co chwilę ktoś sugerował, że żałuje, iż zamachowiec nie trafił w głowę naszego państwa…




02 kwietnia 2010 o godzinie 14:32. Kategorie: Gospodarka, Korporacje, Polityka Zagraniczna, UE, Wojna

Szacuje się, że z ziemi można pozyskać do 2000 miliardów baryłek ropy. Połowę tej sumy ludzkość zdążyła już prawdopodobnie zużyć. Pierwsza wydobyta połowa surowca zaliczana jest do tzw. „łatwej ropy”. Prostej i taniej do pozyskania. Niestety, gdy osiągnięty zostanie pułap zużycia zasobów na poziomie 50%, (tzw. peak oil) dalsze wydobywanie ropy naftowej będzie coraz trudniejsze i mniej opłacalne. Odwierty stają się coraz głębsze, a odkryte złoża coraz uboższe. Jest to pierwszy zwiastun zbliżającego się kryzysu naftowego.

Będzie to kryzys nie byle jaki. I nadejdzie szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. Wskaźnik EROEI uczy nas bowiem, że wydobycie wszystkich odkrytych złóż jest technicznie niemożliwe. W pewnym momencie do pozyskania jednej baryłki ropy, konieczne stanie się zainwestowanie jednej baryłki w proces wydobywczy. W latach 90-tych EROEI wynosił już 5:1 – oznacza to, że na każde uzyskane 5 baryłek przypada jedna, którą pochłania energia zainwestowana w eksploatację surowca.

Kryzys energetyczny rozpocznie się jednak zanim EROEI osiągnie nierentowny poziom 1:1. Ceny ropy poszybują gwałtownie o wiele wcześniej, wskazując tym samym na rychłe wyczerpanie się złóż. Oczywiście ropa nie skończy się jednocześnie we wszystkich regionach świata. Państwa, które będą posiadać ten surowiec najdłużej, staną się nowymi mocarstwami, mogącymi dyktować astronomiczne ceny pozostałej części świata.

Jeszcze 5 lat temu mówiło się, że ropy wystarczy do około 2035 r. Jest to jednak wyliczenie zakładające stałe światowe zużycie na poziomie ~30 miliardów baryłek rocznie. W rzeczywistości jednak konsumpcyjny kapitalizm poprodukcyjny doprowadził do sytuacji, w której z roku na rok zapotrzebowanie na ropę wzrasta. Amerykanizujące się społeczeństwa stają się coraz bardziej pasożytnicze, zużywając każdego roku coraz więcej energii.

Największe na świecie państwa toczą dziś między sobą bezwzględną walkę o surowce energetyczne. Polska jednak nie robi kompletnie nic. A z każdym dniem nasze możliwości manewru stają się coraz bardziej ograniczone.




15 lutego 2010 o godzinie 16:19. Kategorie: Kryminał, Polityka Krajowa, Polityka Zagraniczna, Wybory

Radosław Sikorski ma 47 lat. Obecnie sprawuje funkcję Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska. Jest także członkiem powołanego 1 stycznia 2010 roku Komitetu ds. Europejskich przy Radzie Ministrów. W ubiegłych latach był m.in. Ministrem Obrony Narodowej w rządach Kaczyńskiego i Marcinkiewicza.

Sikorski cieszy się do tego dużym poparciem społecznym, mając jednocześnie niewielki elektorat negatywny. Wydawałaby się, że to idealny kandydat na prezydenta.

Jednak już samo jego członkowstwo w Radzie Ministrów jakiegokolwiek premiera uwłacza powadze sprawowanego przezeń urzędu i stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa RP i jej interesów. Dlaczego? Postaram się wytłumaczyć poniżej.

Przeciw Radosławowi Sikorskiemu można wysunąć wiele merytorycznych zarzutów w kwestii polityki MSZ, którym kieruje. Politycy różnych opcji z polotem rozwodzą się ostatnio na ten temat na łamach prasy i innych mediów. Wystarczy jednak sięgnąć do ostatnich „sukcesów” Ministerstwa Spraw Zagranicznych, by mieć pojęcie o poziomie jaki reprezentuje szef tej instytucji.

Przyjazd Władimira Putina na obchody rocznicy zbrodni katyńskiej i jego zaproszenie wystosowane względem Donalda Tuska okrzyknięto w mediach spektakularnym sukcesem i przełomowym momentem w stosunkach Polsko – Rosyjskich. Czar jednak pryska, gdy uświadomimy sobie, że obchody tej tragicznej rocznicy przygotowuje Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z siedzibą w Warszawie, a nie Rosja. W istocie wychodzi więc na to, że premier obcego państwa zaprasza naszych polityków na obchody rocznicy, które sami organizujemy. Dodatkowo, politycy PO uznali, że skoro Putin nie zaprosił w imieniu POLSKIEJ ORGANIZACJI Prezydenta RP, oznacza to, że Lech Kaczyński nie powinien w ogóle się na niej pojawiać.

Podobnych przykładów działania polskiego MSZ pod wodzą Sikorskiego możemy znaleźć naprawdę sporo. To jednak nic przy tym, co o byłym wiceministrze obrony w rządzie Jana Olszewskiego wykryły tajne służby.




03 października 2009 o godzinie 18:49. Kategorie: Ludzie, Media, Polityka Zagraniczna, UE, Wybory

Kiedy piszę te słowa jest 3 października 2009 roku. Przed 18:00. W mediach szał. Irlandczycy poparli traktat lizboński. Co prawda, głosowano w tej sprawie po raz drugi z rzędu, ale nie ma to dzisiaj wielkiego znaczenia. Demokracja jest demokracja. A Vox Populi to rzecz święta. Jeśli lud myli się za pierwszym razem, to trzeba mu dać jeszcze jedną szansę. Gdyby to nie pomogło – następną i następną. Oto istota współczesnej demokracji.

Jak można było usłyszeć wczoraj w TVN24 i Polsat News – ponoć na Zielonej Wyspie nie przeprowadzano sondaży opartych na ankietach wyjściowych (exit pools). Nie było więc napływających wyników sondażowych. Na jakiekolwiek dane należało czekać do 18:30 czasu polskiego. Wtedy miał być ogłoszony oficjalny wynik Irlandzkiego referendum. Jednak już ok. 17:00 Brian Cowen, premier Irlandii, ogłosił sukces. Potwierdził to, co można było usłyszeć już od około tygodnia – wbrew temu co pokazują wrześniowe sondaże (TNS mbir: za ratyfikacją - 46%), traktat przejdzie większością co najmniej 60%.

Lech Kaczyński ogłosił przez swoich pośredników, że w tej sytuacji złoży swój podpis pod Traktatem Lizbońskim. Lech Wałęsa, który brał aktywny udział w namawianiu Dublińczyków do głosowania na „tak”, uznał to za sukces Europy. Podobnego zdania są inni znani na kontynencie politycy - Jose Manuel Barroso, czy nasz rodzimy Jerzy Buzek. Media - wtórując eurokratom – ogłosiły Vaclava Klausa największym wrogiem konstytucji. Jednocześnie twierdzi się, że do zmiany zdania Irlandczyków przekonały gwarancje neutralności kraju i utrzymania komisarza w strukturach UE.

Pomija się jednak zupełnie fakt, że duża część osób głosujących w poprzednim referendum z 12 czerwca 2008 r. w ogóle nie wzięła udziału we wczorajszym referendum. Powodem tego zniechęcenia było zupełne zignorowanie ich zdania. Głos obywateli został odrzucony przez polityków, maniakalnie dążących do realizacji partykularnych celów, wbrew opinii własnego Narodu. Czy głos inny niż „tak” miał jakiekolwiek znaczenie w tym referendum? Jaka była gwarancja, że sprzeciw znów nie zostanie uznany za nieistotny?




01 września 2009 o godzinie 21:15. Kategorie: Ludzie, Polityka Zagraniczna, Szopka Polityczna, Wojna

Władimir Władimirowicz Putin przyjechał do Polski. Z tej okazji media urządziły wielkie igrzyska, w których głównym punktem programu były zmagania w zwodach historycznych. Zabawa w publikowanie dokumentów, w ponowną analizę II Wojny Światowej i w listy do Narodu sprawiła, że powściągliwy w słowach Premier Rosji wydał się politykiem na iście światowym poziomie kultury i dyplomacji.

Co zresztą jest prawdą.
Nie zmienia to jednak faktu, że w Polsce Rosja jest postrzegana jako kraj „tych złych”. Natomiast w USA rządzą politycy dobrzy, z których powinniśmy brać przykład. W opinii publicznej ten prosty podział na czerń i biel utrwalił się do tego stopnia, że dziś nikt z nim już prawie nie dyskutuje.

Z politologicznego punktu widzenia, taki podział nie ma racji bytu. Nie ma państw jednoznacznie złych i krystalicznie dobrych. Można to wykazać chociażby na przykładzie obecnej dyskusji o historii II Wojny Światowej.

Niemcy, jak wiadomo, byli agresorami. Chociaż nie do końca, bo i na tym polu pojawiają się niejasności. Na pomnikach upamiętniających mogiłę ludzi rozstrzelanych podczas wojny, tablice głoszą, że zabili ich „hitlerowcy”. Po części trudno się z tym nie zgodzić. Prowadzi to jednak do rozmycia obrazu wydarzeń. Zyski z wojny czerpali przede wszystkim Niemcy – jako kraj i jako naród. Tak więc śmierć ludzi, którym poświęcony jest pomnik, spowodowali Niemcy. Doskonałą ilustracją jest tutaj sprawa roszczeń naszych sąsiadów, domagających się zwrotu ziem od polaków, które w czasie wojny zajmowali obywatele niemieccy. Milczeniem pomija się fakt, że owi ludzie zajmowali te ziemie dzięki Hitlerowi i jego zbrodniczej maszynie wojennej. Gdyby nie wojna i śmierć milionów ludzi, pani Steinbach nigdy nie mogłaby narzekać, że źli Polacy wypędzili ją i jej nazistowskich ziomków z własnego kraju.

Jak więc widzimy, to jednak Niemcy byli tymi złymi.
Dobrzy, którzy mieli przyjść nam z pomocą, to oczywiście Francja i Wielka Brytania. I pewnie pialibyśmy dzisiaj na ich cześć peany, gdyby nie fakt, że zostaliśmy przez te kraje zdradzeni. Nie stanowi to jednak problemu, by dzisiaj uważać te państwa ponownie za naszych sojuszników.




20 lipca 2009 o godzinie 21:16. Kategorie: Korporacje, Polityka Zagraniczna, Prawo, Stowarzyszenia

Firmy farmaceutyczne działające na wolnym rynku przestają być producentami leków, a stają się przedsiębiorstwami masowej produkcji tabletek, pastylek, szczepionek. Jaka jest różnica? Ano taka, że produkcja leków jest biznesem, a nie leczeniem ludzi. W interesie firm farmaceutycznych jest rozpowszechnianie tymczasowych rozwiązań, lub wręcz placebo. Tak, aby nie stracić klientów i ich pieniędzy.

Jak już pisałem, każde obowiązkowe szczepienia to kolosalny wydatek dla budżetu państwa i równie gigantyczny zarobek dla producentów leku. Dzisiaj świat przygotowuje się do masowych szczepień przeciwko tzw. świńskiej grypie. Po zamówieniu szczepionek przez Wielką Brytanię i Austrię, przyszła kolej na następne kraje.

Niemcy planują zamówić 50 milionów dawek szczepionki, a minister Ulla Schmidt, odpowiedzialna za służbę zdrowia, zapowiada rozpoczęcie obowiązkowego programu szczepień już od września tego roku.

Natomiast w Belgii, za sprawą Laurette A.J. Onkelinx, tamtejszej minister do spraw publicznych i opieki zdrowotnej, do akcji włączone mogą zostać siły przymusu, a głównie policja. Wszystko dzięki przyjętej przez tamtejszy rząd ustawie, która nadaje specjalne kompetencje ministrowi ds. służby zdrowia w czasie obowiązywania pandemii. Belgia zakupiła 12,5 miliona dawek szczepionki.

W międzyczasie pojawiły się wątpliwości co do bezpieczeństwa leku na świńską grypę. Słynny już akt oskarżenia wystosowany przez Jane Burgermeister, dziennikarkę śledczą z Austrii, zarzuca ONZ i WHO świadome planowanie ludobójstwa na skalę międzynarodową. Pomimo tych wszystkich niejasności, jak donosi Associated Press, rząd USA przyznał firmom produkującym szczepionki na A/H1N1 immunitet!




14 lipca 2009 o godzinie 15:09. Kategorie: Gospodarka, Polityka Zagraniczna, Prawo

Tegoroczny szczyt G8 odbywał się we włoskiej miejscowości L'Aquilli. Po jego zakończeniu prezydent Rosji, Dymitrij Miedwiediew zaprezentował dziennikarzom niepozornie wyglądającą monetę. Ten niewielki pieniążek został jednak nazwany „światową walutą przyszłości” – wspólnym pieniądzem dla całej planety.

Wygrawerowana liczba „1” i słowa „unity in diversity” (jedność w różnorodności) zaskoczyły zebranych na konferencji przedstawicieli mediów i gości. Miedwiediew pochwalił się, że dyskutował na temat wprowadzenia do powszechnego użycia nowej globalnej waluty z wszystkimi przedstawicielami grupy G8.

Jak donosi Telegraph.co.uk, prezydent Rosji dodał, że wybicie zaprezentowanej monety „to dobry znak, ilustrujący, że wiemy jak bardzo jesteśmy niezależni”. Cytat ten jednak nie przedostał się do polskich mainstream-owych mediów.




13 lipca 2009 o godzinie 19:22. Kategorie: Kryminał, Ludzie, Media, Polityka Zagraniczna, Prawo

Pandemia wirusa A/H1N1, znanego także jako „świńska grypa” lub – jak nazwali go Izraelczycy – „grypa meksykańska”, przynosi pierwsze żniwa. Tak jak prognozowałem – na świecie rozpoczynają się pierwsze obowiązkowe i przymusowe szczepienia przeciw A/H1N1.

Jedna z pierwszych tego typu operacji będzie miała miejsce w Wielkiej Brytanii. Rząd tego kraju postanowił zakupić za astronomiczne pieniądze aż 90 milionów dawek szczepionki. Do końca roku, w samej tylko Wielkiej Brytanii zaszczepione zostanie 20 milionów osób. Nikt zupełnie nie przejmuje się faktem, że w 1976 w USA szczepionka na świńską grypę zabiła ok. 93% z tych ludzi, którzy stracili życie w wyniku ówczesnej epidemii A/H1N1.

16 milionów szczepionek zakupiło także Ministerstwo Zdrowia w Austrii. Alois Stöger, szef ministerstwa, odmówił jednak podania do publicznej informacji kwoty, jaką rząd Austrii zapłacił za zastrzyki koncernowi Baxter.

10 czerwca 2009r., Austriacka dziennikarka śledcza, Jane Burgermeister, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Złożyła obszerny, liczący 173 strony pozew sądowy, skierowany przeciwko ONZ i WHO, oskarżając te organizacje o bioterroryzm i planowanie masowej depopulacji planety, czyli mówiąc wprost – ludobójstwa. Reporterka została wyrzucona z pracy 29 czerwca, w dwa i pół tygodnia po złożeniu pozwu. Postępowanie sądowe jednak trwa.






w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
Obserwuj mnie na Twitterze!

Wczytywanie...




kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki: