Sobota od zawsze jest dla mnie okazją do odpoczynku. Po długim tygodniu zawsze śpię parę godzin dłużej, budząc się zazwyczaj w okolicach godziny 10:00. Rok temu było inaczej. Obudziłem się już przed 9:00, postanowiłem jednak nie wstawać i poleżeć sobie jeszcze trochę. W sypialni słyszałem, że któryś z domowników włączył już telewizor.
Nasłuchując jednym uchem zorientowałem się, że jak zawsze w moim domu, telewizor ustawiony jest na któryś z kanałów informacyjnych. Do mojej świadomości dochodziły strzępki słów osób prowadzących telewizyjny program. „Katyń”, „Prezydent”, „Delegacja”… czyli wszystko to, czego można się było spodziewać w dniu obchodów rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Przewróciłem się na drugi bok i bez specjalnego entuzjazmu nasłuchiwałem dalej.
„Katyń”, „Smoleńsk”, „samolot”, „problem”, Lech Kaczyński”, „katastrofa” – w pierwszej chwili, zaspany, nie wiedziałem do czego odnoszą się te słowa. Zaczęły pojawiać się jednak coraz częściej. Ktoś w domu krzyknął „Prezydent nie żyje!”. Otworzyłem szeroko oczy. Zerwałem się na równe nogi i wybiegłem przed telewizor.
W TVN24 Jarosław Kuźniar informował właśnie, że doszło do tragicznej w skutkach katastrofy. Wojciech Olejniczak zakrywał twarz. Kuźniarowi łamał się głos. Zdębiałem.
Po chwili przyszło otrzeźwienie – to nie sen, stało się coś naprawdę okropnego. Pierwsze zawodowe hipotezy, jakie przyszły do głowy młodemu adeptowi politologowi zaraz po przebudzeniu, zakładały 3 wersje rozwoju wydarzeń: » albo mamy do czynienia z tragicznym wypadkiem, » albo ktoś właśnie wypowiedział nam wojnę, pozbawiając nas jednocześnie całego wojskowego dowództwa, » albo – co wydawało mi się najmniej prawdopodobne – mamy do czynienia z atakiem terrorystycznym na miarę amerykańskiego WTC.
Sprawa Dubienieckiego i Adama S., telefony do sędziów z ministerstwa z pytaniem o sprawy kończące się wnioskiem o ułaskawienie, komisja Millera i jej niemożliwy do wykonania eksperyment, Straż Miejska gasząca znicze i konfiskująca wieńce. To wszystko budzi złość u ludzi, którzy chcą uczcić pamięć zmarłego Prezydenta. Czy jest to tylko splot przypadkowych wydarzeń, czy może stoi za tym przemyślana i prawdopodobnie całkiem efektywna strategia - na to pytanie próbuję udzielić odpowiedzi na łamach Salonu24.
Gazeta Wyborcza na tydzień przed Wigilią Bożego Narodzenia zaserwowała swoim czytelnikom wstrząsający obraz ciała ś.p. Lecha Kaczyńskiego po katastrofie smoleńskiej. Jarosław Kaczyński stwierdził natomiast, że w sarkofagu na Wawelu znajduje się trumna z jakimś obcym mu człowiekiem. Tegoroczny okres przedświąteczny okazał się niebywale ohydnym polskim piekiełkiem.
Wojciech Czuchnowski w tekście Jak znaleziono ciało Lecha Kaczyńskiego opisał ze szczegółami potwornie zniszczone doczesne szczątki Prezydenta RP. W swoim tekście wspomina o zmiażdżonej głowie, urwanych kończynach, poszarpanym ciele. Daje masom czytającym Wyborczą to, czego tak bardzo potrzebowały: obraz zniszczonego, pokonanego wroga. Czyni to jednak z zastrzeżeniem, że publikacja tego tekstu nie miała by miejsca, gdyby nie stanowisko Jarosława Kaczyńskiego, wyrażone za pośrednictwem mecenasa Rogalskiego.
Za treści publikowane w Gazecie Wyborczej odpowiada więc prezes PiS. W jaki sposób? Ano w taki, że najpierw ustami swojego prawnika, a później osobiście zadeklarował, że nie rozpoznał ciała Lecha Kaczyńskiego po przetransportowaniu go do Polski. Były premier miał zidentyfikować brata w Smoleńsku, jednak do kraju przetransportowano – jak wyraża się sam zainteresowany – „jakiegoś innego człowieka”.
Nie jestem w stanie pojąć dlaczego Jarosław Kaczyński nie protestował zaraz po przewiezieniu ciała Prezydenta RP do Polski. Przecież nikt by chyba nie pozwolił, aby zamiast bliskiej osoby pochowano jakieś „obce ciało”. Protest przed pochówkiem byłby także dobrym ruchem politycznym na kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi – byłby ostateczną kompromitacją rządu i zdemaskowaniem prawdziwych rosyjskich intencji. Chyba, że Jarosław Kaczyński dzisiaj kłamie.
Nie chcę rozstrzygać kto ma rację w tym gorszącym sporze. Pragnę jedynie zasygnalizować, że to co dzieje się nad trumną Lecha i Marii Kaczyńskich w ostatnich dniach jest coraz trudniejsze do zniesienia. Przypomina to brutalny mecz piłki nożnej, w którym zamiast futbolówki kopie się ciało tragicznie zmarłego Prezydenta. Panowie, opamiętajcie się!
Konflikt o krzyż doszedł dziś do punktu zapalnego. Miejsce miały przepychanki, blokady, protesty. Media od początku starały się przedstawiać konflikt o dwie zbite razem deski jako przyczółek do dyskusji o świeckości państwa. Przekuto ten absurdalny wręcz problem, w sprawę wagi państwowej.
Dla każdego niezaangażowanego obserwatora konflikt o smoleński krzyż jest czystym kuriozum. Naprzeciw siebie stanęli bowiem fanatyczni katolicy, dla których krzyż jest nietykalną świętością, oraz maniakalnie antyreligijni zwolennicy usunięcia katolickiego symbolu z przestrzeni publicznej. Ci drudzy dla poparcia swoich racji przytaczali argumenty, mówiące o świeckim, laickim, wręcz o ateistycznym charakterze państwa.
Czym jednak owy ateizm jest? Według tego, co przekazują nam media – ateiści walczą z symbolami religijnymi. Krzyże, gwiazdy Dawida, symbole Yin-Yang – to wszystko ma drażnić ludzi niewierzących w jakiegokolwiek Boga. Dlatego też, by być osobami politycznie poprawnymi – powinniśmy krzyż sprzed siedziby głowy państwa usunąć.
Prawda ma się jednak nijak do doniesień medialnych. Sam jestem ateistą. Nie wierzę w Boga, ponieważ nie znajduję ku temu racjonalnego wytłumaczenia. Być może to kwestia samozaparcia, silnej woli, chęci uwierzenia. Nie mnie to ostatecznie rozstrzygać. Wiem jednak, jako osoba niewierząca, że symbole religijne nie są czymś złym. Ludzie potrafią w nich znaleźć ukojenie ducha, wewnętrzny spokój, pocieszenie w trudnych chwilach. Ja nie, ale to tylko i wyłącznie moja sprawa.
Jako ateista – chociaż nie lubię samego siebie tak określać – mogę powiedzieć z całą stanowczością: krzyż mi nie przeszkadza. Ani też mnie nie cieszy. Jest dla mnie w dużym stopniu obojętny. Zarówno ten sprzed Pałacu Prezydenckiego, jak i każdy inny.
W dzisiejszych czasach najważniejszy jest zysk. W życiu codziennym, w polityce, ale zwłaszcza w biznesie, liczy się przede wszystkim pieniądz. Cała reszta odchodzi na dalszy plan. I chociaż konsumpcjonizm osiągnął już niemal swój szczyt, to sprzedaż towarów wcale nie jest łatwa.
Kiedyś popularność produktom napędzał ich stosunek jakości do ceny. Im coś lepszego i za mniejsze pieniądze, tym lepiej – zarówno dla sprzedawcy jak i dla klienta. Współcześnie tym dość uporządkowanym światem handlu wstrząsnęła jednak nowa dziedzina wiedzy – marketing.
Za jego sprawą wszystko przestało być jasne. Jakość produktów zeszła na drugi, jeśli nie trzeci lub czwarty plan. Prym zaczął wieźć wizerunek. Marka. Czyli mówiąc wprost – wyimaginowany obraz towaru, który powinien posiadać konsument. Branding ma za zadanie zbudować go w umysłach odbiorców. I przekształcić wady w zalety, bądź w najgorszym razie – w niezauważalne cechy produktu.
500 PLN za parę w miarę zwyczajnych przecież butów to zdecydowanie za drogo dla każdego trzeźwo myślącego człowieka. Dlatego też firmy typu Adidas czy Nike nie sprzedają butów. Tzn. nie sprzedają TYLKO butów. Kupując ich produkt nabywca zyskuje coś więcej niż obuwie. Konsument nabywa towar głównie dla całej marketingowej otoczki – nie nabywa butów, a kupuje sport, sprawność fizyczną. Kupuje sobie sposób, w jaki chce być postrzegany w społeczeństwie.
Żeby zostać profesjonalnym sportowcem potrzeba wielu wyrzeczeń i codziennych treningów. By zostać zauważonym trzeba poświęcić wiele czasu i energii. Albo… można udać się do centrum handlowego, wyjąć z kieszeni 500 PLN i kupić sobie wizerunek sportowca. To przecież o wiele prostsze.
Ludzie, którzy nie wierzą w teorię spiskową o zamachu na TU-154M, wyznają teorię jakoby do tragedii doprowadził telefonicznie Jarosław Kaczyński. Ewentualnie jego brat - Prezydent. Ta sytuacja doskonale ilustruje tezę, zgodnie z którą, przeciwległym skrajnościom jest do siebie zdecydowanie bliżej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Lech i Maria Kaczyńscy spoczęli dziś na Wawelu. Ich ziemska droga dobiega końca, a wraz z nią okres żałobny. Zapewne już od poniedziałku polityka rozgorzeje na całego. PiS i SLD są pozbawione kandydatów na najwyższy urząd w państwie, a pozycja PO nie jest już tak pewna jak jeszcze przed dwoma tygodniami.
Katastrofa w Smoleńsku – w sensie politycznym - nie była na rękę nikomu. Nawet PO ucierpiało na śmierci głowy państwa. Lech Kaczyński był bardzo wygodnym kontrkandydatem dla Bronisława Komorowskiego. Można było standardowo wyśmiać jego niski wzrost, słynne już przejęzyczenia typu „irasiad” czy „Roker Płerejro”, bądź po prostu nazwać go ksenofobem. W takiej sytuacji zwycięstwo kandydata PO było niemal pewne.
Tragiczna śmierć prezydenta zmieniła jednak wszystko. Media w przeciągu kilku minut zmieniły podejście do Lecha Kaczyńskiego. Stworzono mu wizerunek bohatera: patriota, odważny człowiek, wybitny polityk, najlepszy prezydent, kochający mąż i ojciec… To tylko niektóre z określeń, jakie przylgnęły do Kaczyńskiego w ciągu ostatniego tygodnia.
Taka opinia o byłym prezydencie znakomicie wzmacnia pozycję PiS-u i ich przyszłego kandydata. Gdyby w wyborach wystartował sam Jarosław Kaczyński, to śmiem twierdzić, że na fali współczucia i tragicznej śmierci brata, zbudowałby poparcie wystarczające do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Pytanie: czy będzie w stanie wziąć udział w tym wyścigu?
Lech Kaczyński jako jeden z nielicznych odważył się w listopadzie 2008 roku odwiedzić Gruzję, która w owym czasie toczyła regularną wojnę z Federacją Rosyjską. Konflikt dotyczył separatystycznie nastawionej Osetii Południowej. Rosyjskie wojska wkroczyły na sporne terytorium, bombowce zrzucały swoje śmiertelne ładunki na miejscowości i bazy lotnicze położone pod stolicą Gruzji – Tbilisi. To wojna! – krzyczeli z przerażeniem gruzińscy przywódcy.
Konwój, w którym Lech Kaczyński podróżował z prezydentem Micheilm Saakaszwilim, został ostrzelany. Samochody kierowały się w stronę granicy z Osetią Południową, na drodze miał stanąć im lada chwila rosyjski punkt kontrolny.
Na szczęście nikomu nic się nie stało. Już jednak sam fakt otwarcia ognia do głowy państwa oznaczałby w ogromnej większości przypadków gigantyczny skandal i bardzo poważny kryzys. Gdyby ostrzelano konwój z Merkel, Sarkozym, czy Brownem, w ich rodzimych krajach oburzeniu nie byłoby końca. Najprawdopodobniej murem za nimi stanęła by cała UE. Polska zapewne wsparłaby sojuszniczy kraj jako jedna z pierwszych na świecie.
Gdyby komuś przyszło do głowy, by ostrzelać konwój z prezydentem USA – Obamą czy Bushem – Stany Zjednoczone najprawdopodobniej ogłosiłyby stan wojny, dopisując do słynnej listy „osi zła” nowe państwo.
Niestety, incydent dotoczył Lecha Kaczyńskiego. Polskiego Prezydenta nikt nie potraktował poważnie. Ynteligencja ze „Szkła Kontaktowego” oburzyła się, że kule nie sięgnęły celu. Skoro nic się nie stało, można było swobodnie i z charakterystyczną pogardą pośmiać się z „Kartofla”. Zupełnie bagatelizując przy tym powagę sytuacji.
Bronisław Komorowski, obecny kandydat PO na prezydenta, komentował wtedy całą sprawę tak:
Jeżeli zamach, to powiedziałbym: Jaka wizyta, taki zamach… Jeżeli z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera. Więc… raczej wygląda to na coś bardzo niepoważnego, a przykrego, bo stawiającego polskiego prezydenta w dość niezręcznej sytuacji.
Media szybko ogłosiły, że do prezydentów Polski i Gruzji strzelali… sami Gruzini. Po fali oburzenia, która przeszła przez niektóre środowiska, także polityczne, Gazeta Wyborcza wzięła marszałka sejmu w obronę, tłumacząc jego słowa tak:
Komorowski tłumaczył przecież we wtorek, że używał ironicznego języka, który rozumieją ludzie inteligentni.
Chwilę później podniosły się głosy oburzenia, że przez to, że doszło do ostrzelania konwoju, pogorszą się nasze relacje z Rosją. Zarzucano Kaczyńskiemu, że dał się wykorzystać Gruzji i Saakaszwiliemu.
Nikt nawet słowem nie napomniał, że cała sytuacja była na tyle poważna, że mogła nawet doprowadzić do wojny (gdyby kule trafiły w cel). Nikt nie współczuł Lechowi Kaczyńskiemu, a w programie pana Miecugowa co chwilę ktoś sugerował, że żałuje, iż zamachowiec nie trafił w głowę naszego państwa…
Po wczorajszym wywiadzie Moniki Olejnik z Pawłem Kowalem mogę stwierdzić bez żadnej wątpliwości - żałoba już się skończyła, zaczęła się kampania. Natomiast po tzw. "spontanicznych manifestacjach" w Krakowie, zorganizowanych w istocie - jak donoszą media - przez Różę Thun i Tomasza Bobrowskiego (przy aktywnym udziale młodzieżówki PO), stwierdzić mogę jedynie, że będzie to kampania wyjątkowo brudna. Szkoda, przez pierwsze 2 - 3 dni wydawało się, że tym razem będzie zupełnie inaczej...
Prezydent – według wszystkich dziennikarzy i polityków – był naprawdę serdecznym człowiekiem. Osobą ciepłą, otwartą, przyjazną. Być może trochę nieśmiałą, ale jednocześnie odważną. Patriota, wielki człowiek, bohater. Tak mówi się o Lechu Kaczyńskim od soboty.
Pojawiły się zdjęcia, skrzętnie do tej pory ukrywane, na których Prezydent nie ma dziwnej miny, nie ziewa, nie ma zamkniętych oczu. Pojawiły się materiały filmowe, na których jak najbardziej godnie Lech Kaczyński reprezentuje nasz naród. Dziennikarze zaczęli mówić wprost – to był najlepszy prezydent w historii wolnej polski.
Jak do tego ciepłego, miłego i wartościowego człowieka podchodzono jeszcze tydzień temu? Jak traktowali go dziennikarze?! Jaki obraz Lecha Kaczyńskiego prezentowali!?
Irasiad, szalik narodowy na drugą stronę, wykrzywione usta, Roker Perejro… Byli i tacy, którzy zaśmiewali się głośno przytakując, kiedy Prezydenta nazywano chamem, alkoholikiem… Jacek Żakowski stwierdził nawet, z dziennikarską i wręcz lekarską „obiektywnością”, że Lech Kaczyński ma problemy psychiczne.
Prezydenta oskarżano o marnotrawienie środków publicznych. Za duża administracja, za dużo ochrony, za dużo przywilejów. Źle, że wożą go z obstawą, że go chronią. Dla wielu był to znak, że chyba się czegoś boi… Może to jakieś zaburzenia maniakalno-depresyjne – stwierdził z pełną powagą w „Szkle kontaktowym” jakiś yntelygent, popierający partię jedynie słuszną...
Powstały nawet plakaty, na których człowiek podobny do Lecha Kaczyńskiego domaga się BOR-owców i limuzyn. Miał on – o zgrozo! – wyśmiewać rzekomą skłonność Prezydenta do szastania naszymi pieniędzmi.
Dzisiaj dowiadujemy się, że Kaczyńscy byli wyjątkowo skromni. Maria chodziła do przeciętnych sklepów – zazwyczaj piechotą – co dziś poświadczają ekspedientki tam pracujące. Lech był zaś prawdziwym mężem stanu, wzorem do naśladowania dla każdego, wielkim patriotą.
Gdy żałoba minie i media zaczną znów nadawać informacje w właściwy dla siebie sposób – pamiętajmy, jak wielce są nieobiektywne. Jak wiele kłamstw i jadu dziennikarze potrafią wlać w nasze serca i umysły. Pamiętajmy, zwłaszcza teraz, gdy już z typową zawiścią, podnosi się haniebne larum: „Kaczyński? Na Wawelu?! WSTYD!!”.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|