W 1963 roku japoński badacz Tadao Umesao ukuł termin „społeczeństwo informacyjne”. W dużym skrócie koncepcja ta zakłada, że wraz z rozwojem nowoczesnych metod komunikowania masowego (a zwłaszcza telewizji), ludzie będą stopniowo odchodzić od tradycyjnych form pozyskiwania informacji, a swoją wiedzę o świecie czerpać będą z mediów.
Teoria Umesao jest obecnie naszą codziennością. Przeciętny obywatel pozyskuje informacje z serwisów telewizyjnych, czy stacji typu TVN24, TVP INFO czy Polsat NEWS. Zagląda też do Internetu, coraz rzadziej sięga po prasę, która była głównym źródłem wiadomości dla naszych dziadków.
Na przestrzeni lat zmienił się jednak nie tylko kanał przekazu informacji z kraju i świata do obywateli. Zmienił się też charakter samego dziennikarstwa. Zawód kojarzony kiedyś ze służbą społeczną, dziś jawi się raczej jako służba interesom ekonomicznym i politycznym wydawcy. Proces ten postępuje we wszystkich krajach, w których mamy do czynienia z wolnością słowa i kapitalistycznym systemem rządów, jednak szczególnie widoczny jest na przykładzie Polski – gdzie kolejne gabinety zdają się nie zauważać problemu manipulowania przekazem społecznym.
Można powiedzieć, że własność prywatna w sferze informowania doprowadziła do prywatyzacji samej informacji. Doszło do procesu, w którym fakty poddawane są rygorom gospodarki wolnorynkowej, prawom ekonomii i biznesu. Wydarzenia przekształcane są w produkty, których głównym celem NIE JEST uczciwość czy rzetelność względem odbiorcy, ale dobry wynik finansowy i wysoka sprzedaż.
Dobry menager wie, że każdy produkt, jeśli ma zostać sprzedany, musi zostać wypozycjonowany i dostosowany do wymagań konkretnego odbiorcy. Dlatego na łamach „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” o jednym i tym samym wydarzeniu możemy przeczytać dwie zupełnie różne relacje. Odwołując się do klasycznego przykładu: dla dziennikarzy Wyborczej IV RP to tylko puste, populistyczne hasło, za którym kryje się agresja, arogancja i zapędy autorytarne Jarosława Kaczyńskiego; dla publicystów Rzeczpospolitej – IV RP to poważny projekt politycznej przebudowy kraju, realizowany w trudnych okolicznościach, w sposób nieco nieporadny.
Tak odmienne interpretacje nie powinny nikogo dziwić – odpowiednie przedstawienie faktów zapewnia sprzedaż na zakładanym poziomie w określonej grupie społecznej. Prasa i telewizje mają swoich odbiorców i – znając ich cechy – dostosowują swój przekaz pod gust konsumentów. Nieważne staje się, kto ma rację i jak było naprawdę. Istotny jest zysk.
Dziennikarze zachwycają się Komorowskim - i nie przeszkadza im przy tym jego nieznajomość języków, czy częste wpadki, takie jak np. twierdzenie, że Prezydent Lech Kaczyński mógł odesłać ustawę o IPN do Trybunału, gdyby tylko chciał, podczas gdy ten nie mógł, bo zginął. Publicyści cieszą się, że ich kandydat pochodzi z partii miłości - Platformy Obywatelskiej, która w politycznej potyczce jest umiarkowana i nikogo nie obraża, zwłaszcza gdy jej politycy o konkurentach mówią, że są oni małymi, zakompleksionymi ludźmi, którzy kompromitują wszystko, czego dotkną. Zachwyt, jaki wzbudza Komorowski, nie wynika jednak z jego charyzmy czy osobowości, a z prostego faktu, że reprezentuje on PO; w takich samych pięknych słowach pisano by o muszli klozetowej, gdyby miast człowieka, Platforma zdecydowałaby się na takiego kandydata.
Gazeta Wyborcza to jedyny dziennik, który jeszcze przed pogrzebem głowy państwa, zaczął jątrzyć, straszyć i opluwać w starym, dobrym stylu. Do dziś czytelników przestrzega się w nim przed ZEMSTĄ JAROSŁAWA, HAŃBĄ W ZWIĄZKU Z POCHÓWKIEM NA WAWELU, a także nieśmiertelną już IV RP. I to zupełnie bez powodu.
Żeby jednak nie być gołosłownym zacytuję tutaj fragment felietonu Ewy Milewicz, z piątkowego wydania tego tytułu, który – moim zdaniem – doskonale ilustruje poziom dialektycznej propagandy uprawianej przez Wyborczą:
Pierwsze słowa prezesa PiS – z cmentarzy, na których pochowano jego politycznych przyjaciół - są jak kaganki oświetlające drogę, którą pewnie podąży teraz PiS. „Musimy podjąć tak nagle przerwane ich dzieło. Być może przegramy, być może owoców naszej pracy nie doczekamy, być może jeszcze nie uda nam się tym razem powrót do Polski. Ale musimy dać świadectwo!” – taki list przysłał Jarosław Kaczyński nad grób Aleksandra Szczygły.
Pierwsze wrażenie po przeczytaniu tego tekstu – ot, zwyczajna mowa pogrzebowa. Ale nie dla Ewy Milewicz. Ta Pani jako „dziennikarka” Gazety Wyborczej widzi znacznie więcej niż przeciętny człowiek – co udowadnia, pisząc:
Dać świadectwo? W państwie demokratycznym? Świadectwo można dawać wtedy, gdy za głoszenie poglądów człowiekowi coś grozi. Więzienie, pobicie, opresja… Dają świadectwo opozycjoniści na Kubie. Dawali świadectwo Lech i Jarosław Kaczyńscy w PRL. Ale czy dziś w Polsce rządzi jakiś reżim?
Milewicz szybko odpowiada sobie na wszystkie nonsensowne pytania, które postawiła. Dochodzi do wniosku, że Jarosław Kaczyński postrzega Donalda Tuska jako dyktatora i zamierza go obalić. Pani „redaktor” oburza się, że – jak sama pisze – rozpocznie się szukanie winnych katastrofy. A winnym – według Ewy Milewicz – okaże się premier Donald Tusk, który zostanie osądzony przed Trybunałem Stanu. Oczywiście w IV RP, no bo jakże by inaczej…
Poziom absurdu i bezmyślności, jaki osiągnięto w tym artykule, możecie dogłębnie przeanalizować na własną rękę – cały felieton umieszczam w źródłach na końcu notki.
Pragnę jeszcze dodać, że po tym, co Ewa Milewicz wyłożyła czytelnikom na drugiej stronie Wyborczej, w następujących później artykułach redaktorzy żalą się, że to >>PiS<< doprowadzi do trwałego podziału społeczeństwa.
W tym miejscu stosownym wydaje się powtórzenie retorycznego pytania, zadanego kiedyś przez Kazika Staszewskiego: Czy Wy nas macie za idiotów?!
W tym kraju nigdy nie będzie dobrze. Każda kolejna ekipa rządząca jest gorsza od poprzedniej. Kiedyś to było lepiej, ale teraz…
Założę się, że każdy słyszał kiedyś takie lub podobne żale, wylewane przy okazji rozmów natury politycznej. Zazwyczaj trudno jest nam udzielić na nie jakiejś konkretnej i sensownej odpowiedzi. Możemy zaprzeczać, ale kiedy przejrzymy archiwalne materiały sprzed ok. 15 lat, to nasze uczucia zazwyczaj bywają mieszane.
Wiadomo, politycy reprezentowali wtedy zupełnie inny poziom. Rządy były niestabilne, partyjnym przywódcom brakowało ogłady i obycia, a na sejmowych korytarzach każdy mógł sobie swobodnie zapalić papierosa. I chociaż przemówienia były mniej dyplomatyczne, a twarze części polityków bardziej zakazane, to było w tym coś, czego współcześnie brakuje.
Mianowicie – ci ludzie byli prawdziwi. W o wiele większym stopniu niż dzisiaj. Oburzony i wykrzykujący płomienne zdania Kuroń nikogo nie dziwił. Palikot przy nim, to niedoświadczony amator z niewielkimi pokładami odwagi. A jednak dzisiaj wystarczy wypowiedzieć szeptem nieparlamentarne słowo, napić się publicznie wódki czy stwierdzić, że jest się z SLD, by wywołać mały, polityczny skandal.
Oczywiście nie twierdzę, że kilkanaście lat temu politycy zachowywali się w pełni naturalnie, ani nie chcę tutaj wybielać osoby Palikota – co do którego moje zdanie czytelnikom tego bloga jest raczej znane. Rzecz w tym, że w owych czasach polityka była traktowana jako pole walki personalnej, czasami nawet ideowej. Polityka była polityką. Brudną, jak to mamy w zwyczaju, ale spontaniczną.
Dziś mamy marionetkowych posłów. Premier bardziej niż szefem rządu, jest aktorem. Wszystkie zachowania są wyważone, zawsze ma się na względzie medialny odbiór swoich czynów. Niestety, to co wygląda poprawnie w telewizji, nie zawsze jest takie dobre w prawdziwym życiu. Praktyka parlamentarna stała się jednak sprawą drugoplanową. Na pierwszej linii walki o wyborców stanęli oni – specjaliści od politycznego marketingu.
Lech Kaczyński jako jeden z nielicznych odważył się w listopadzie 2008 roku odwiedzić Gruzję, która w owym czasie toczyła regularną wojnę z Federacją Rosyjską. Konflikt dotyczył separatystycznie nastawionej Osetii Południowej. Rosyjskie wojska wkroczyły na sporne terytorium, bombowce zrzucały swoje śmiertelne ładunki na miejscowości i bazy lotnicze położone pod stolicą Gruzji – Tbilisi. To wojna! – krzyczeli z przerażeniem gruzińscy przywódcy.
Konwój, w którym Lech Kaczyński podróżował z prezydentem Micheilm Saakaszwilim, został ostrzelany. Samochody kierowały się w stronę granicy z Osetią Południową, na drodze miał stanąć im lada chwila rosyjski punkt kontrolny.
Na szczęście nikomu nic się nie stało. Już jednak sam fakt otwarcia ognia do głowy państwa oznaczałby w ogromnej większości przypadków gigantyczny skandal i bardzo poważny kryzys. Gdyby ostrzelano konwój z Merkel, Sarkozym, czy Brownem, w ich rodzimych krajach oburzeniu nie byłoby końca. Najprawdopodobniej murem za nimi stanęła by cała UE. Polska zapewne wsparłaby sojuszniczy kraj jako jedna z pierwszych na świecie.
Gdyby komuś przyszło do głowy, by ostrzelać konwój z prezydentem USA – Obamą czy Bushem – Stany Zjednoczone najprawdopodobniej ogłosiłyby stan wojny, dopisując do słynnej listy „osi zła” nowe państwo.
Niestety, incydent dotoczył Lecha Kaczyńskiego. Polskiego Prezydenta nikt nie potraktował poważnie. Ynteligencja ze „Szkła Kontaktowego” oburzyła się, że kule nie sięgnęły celu. Skoro nic się nie stało, można było swobodnie i z charakterystyczną pogardą pośmiać się z „Kartofla”. Zupełnie bagatelizując przy tym powagę sytuacji.
Bronisław Komorowski, obecny kandydat PO na prezydenta, komentował wtedy całą sprawę tak:
Jeżeli zamach, to powiedziałbym: Jaka wizyta, taki zamach… Jeżeli z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera. Więc… raczej wygląda to na coś bardzo niepoważnego, a przykrego, bo stawiającego polskiego prezydenta w dość niezręcznej sytuacji.
Media szybko ogłosiły, że do prezydentów Polski i Gruzji strzelali… sami Gruzini. Po fali oburzenia, która przeszła przez niektóre środowiska, także polityczne, Gazeta Wyborcza wzięła marszałka sejmu w obronę, tłumacząc jego słowa tak:
Komorowski tłumaczył przecież we wtorek, że używał ironicznego języka, który rozumieją ludzie inteligentni.
Chwilę później podniosły się głosy oburzenia, że przez to, że doszło do ostrzelania konwoju, pogorszą się nasze relacje z Rosją. Zarzucano Kaczyńskiemu, że dał się wykorzystać Gruzji i Saakaszwiliemu.
Nikt nawet słowem nie napomniał, że cała sytuacja była na tyle poważna, że mogła nawet doprowadzić do wojny (gdyby kule trafiły w cel). Nikt nie współczuł Lechowi Kaczyńskiemu, a w programie pana Miecugowa co chwilę ktoś sugerował, że żałuje, iż zamachowiec nie trafił w głowę naszego państwa…
Po wczorajszym wywiadzie Moniki Olejnik z Pawłem Kowalem mogę stwierdzić bez żadnej wątpliwości - żałoba już się skończyła, zaczęła się kampania. Natomiast po tzw. "spontanicznych manifestacjach" w Krakowie, zorganizowanych w istocie - jak donoszą media - przez Różę Thun i Tomasza Bobrowskiego (przy aktywnym udziale młodzieżówki PO), stwierdzić mogę jedynie, że będzie to kampania wyjątkowo brudna. Szkoda, przez pierwsze 2 - 3 dni wydawało się, że tym razem będzie zupełnie inaczej...
Prezydent – według wszystkich dziennikarzy i polityków – był naprawdę serdecznym człowiekiem. Osobą ciepłą, otwartą, przyjazną. Być może trochę nieśmiałą, ale jednocześnie odważną. Patriota, wielki człowiek, bohater. Tak mówi się o Lechu Kaczyńskim od soboty.
Pojawiły się zdjęcia, skrzętnie do tej pory ukrywane, na których Prezydent nie ma dziwnej miny, nie ziewa, nie ma zamkniętych oczu. Pojawiły się materiały filmowe, na których jak najbardziej godnie Lech Kaczyński reprezentuje nasz naród. Dziennikarze zaczęli mówić wprost – to był najlepszy prezydent w historii wolnej polski.
Jak do tego ciepłego, miłego i wartościowego człowieka podchodzono jeszcze tydzień temu? Jak traktowali go dziennikarze?! Jaki obraz Lecha Kaczyńskiego prezentowali!?
Irasiad, szalik narodowy na drugą stronę, wykrzywione usta, Roker Perejro… Byli i tacy, którzy zaśmiewali się głośno przytakując, kiedy Prezydenta nazywano chamem, alkoholikiem… Jacek Żakowski stwierdził nawet, z dziennikarską i wręcz lekarską „obiektywnością”, że Lech Kaczyński ma problemy psychiczne.
Prezydenta oskarżano o marnotrawienie środków publicznych. Za duża administracja, za dużo ochrony, za dużo przywilejów. Źle, że wożą go z obstawą, że go chronią. Dla wielu był to znak, że chyba się czegoś boi… Może to jakieś zaburzenia maniakalno-depresyjne – stwierdził z pełną powagą w „Szkle kontaktowym” jakiś yntelygent, popierający partię jedynie słuszną...
Powstały nawet plakaty, na których człowiek podobny do Lecha Kaczyńskiego domaga się BOR-owców i limuzyn. Miał on – o zgrozo! – wyśmiewać rzekomą skłonność Prezydenta do szastania naszymi pieniędzmi.
Dzisiaj dowiadujemy się, że Kaczyńscy byli wyjątkowo skromni. Maria chodziła do przeciętnych sklepów – zazwyczaj piechotą – co dziś poświadczają ekspedientki tam pracujące. Lech był zaś prawdziwym mężem stanu, wzorem do naśladowania dla każdego, wielkim patriotą.
Gdy żałoba minie i media zaczną znów nadawać informacje w właściwy dla siebie sposób – pamiętajmy, jak wielce są nieobiektywne. Jak wiele kłamstw i jadu dziennikarze potrafią wlać w nasze serca i umysły. Pamiętajmy, zwłaszcza teraz, gdy już z typową zawiścią, podnosi się haniebne larum: „Kaczyński? Na Wawelu?! WSTYD!!”.
Kandydat na prezydenta, Andrzej Olechowski, został zaproszony przez redaktora Tomasza Machałę do udziału w internetowej debacie za pośrednictwem serwisu Facebook. Postanowiłem skorzystać z okazji i wziąć w niej udział.
Co ciekawe, Olechowski odpowiadał na wszystkie zadane pytania po kolei… jednak te najmniej wygodne dla siebie, pomijał milczeniem. Zdecydowanie bardziej upodobał sobie pytania łatwe, które mógł skwitować jednym, ogólnikowym zdaniem.
Poniżej zamieszczam moje pytania i odpowiedzi, jakich udzielił mi Andrzej Olechowski:
Piechuła: ~Witam Pana serdecznie. Według oficjalnej witryny Komisji Trójstronnej, oraz informacji wielu publicystów, m.in. Daniela Estulina, jest Pan Zastępcą Przewodniczącego Grupy Europejskiej tej organizacji. Jakie pełni Pan w związku z piastowaną funkcją obowiązki? Czy nie będą one przeszkadzać w ewentualnym pełnieniu roli Prezydenta RP? I czy otrzymuje Pan wsparcie dla swojej kandydatury od członków Komisji Trójstronnej, np. od osoby Davida Rockefeller-a?
Olechowski: Chciałbym. Moja kadencja kończy się w maju tego roku.
~Czy planuje Pan utworzenie nowej politycznej formacji po wyborach, jeśli wynik będzie przynajmniej dwucyfrowy? Wszyscy doskonale pamiętamy, że to wokół Pańskiej popularności zbudowano kiedyś Platformę Obywatelską.
Jeśli wygram wybory, bądź osiągnę w nich dobry wynik, zgromadzona wokół mnie energia nie rozejdzie się.
Historia Legii Warszawa sięga 1916 roku, kiedy to jej piłkarska drużyna zadebiutowała na murawie. Współcześnie klub jest dziewięciokrotnym mistrzem polski (w tym jeden tytuł odebrany przez PZPN), którego siedziba mieści się przy ul. Łazienkowskiej 3 w Warszawie. Stadion tej drużyny może pomieścić 13 628 kibiców. Obecnie trenerem zespołu jest Stefan Białas, a prezesem Leszek Miklas.
Na pierwszy rzut oka – typowa drużyna piłkarska. Są jednak informacje, które mogą budzić niepokój.
Od kwietnia 2004 roku Legia Warszawa w 80% należy do holdingu Grupy ITI. Ten sam koncern jest właścicielem wielu stacji telewizyjnych (cała grupa TVN, platforma „n”), portali internetowych (Onet.pl, Onet.tv, Zumi, TVN24.pl), a także Multikina i Tygodnika Powszechnego.
Od 2 grudnia 2006 roku Prezydentem Miasta Warszawa jest była prezes NBP, członkini Platformy Obywatelskiej – Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jedną z pierwszych decyzji, które podjęła pani prezydent, było przekazanie 460 000 000 PLN na rzecz Legii Warszawa. I to zupełnie niezależnie od budowy Stadionu Narodowego.
Kibice oprotestowali posiedzenia Rady Miasta, przychodząc na nie z transparentami głoszącymi: "500 milionów dla Waltera, dla warszawiaków - nic!", "Miejski stadion dla kibiców, nie sponsorujcie milionerów z ITI!".
Pomimo tego, Gronkiewicz-Waltz podtrzymała swoją decyzję. Nie przekonały ją nawet tak popularne wówczas argumenty o światowym kryzysie finansowym. Protestujących kibiców nazwała kibolami, a dziennikarza radiowej Trójki, który dopytywał o kwestię finansowania Legii Warszawa, oskarżyła o głosowanie na PiS i wspieranie ludzi, którzy z PO odeszli (pokroju Piskorskiego). Oburzyła się też, że dziennikarz nie pracuje dla prywatnej stacji jak Radio Zet (WTF?) i że zaprasza ją za rzadko. A gdy już zaprosi, to bezczelnie pyta o te 460 milionów złotych.
Chyba nawet najbardziej zagorzali sympatycy TVN-u i Szkła Kontaktowego zgodzą się, że stacja ta znacznie łagodniej i przychylniej podchodzi do polityków Platformy Obywatelskiej. Ot, taka linia programowa. Jest to zupełnie zgodne z prawem. Tak samo jak zgodne z prawem są działania pani Gronkiewicz-Waltz.
Jednak warto zadać sobie pytanie, czy nie zachodzi tutaj prawdopodobieństwo konfliktu interesów? O korupcję nikogo tutaj oskarżyć nie można, nawet jeśli w głębi serca wszyscy podejrzewają, że miała miejsce.
460 milionów złotych z kieszeni podatników w zamian za życzliwość dziennikarzy? Czemu nie, Platformę to przecież nic nie kosztuje…
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|