W ostatnich dniach wśród krytyków Platformy Obywatelskiej panują iście szampańskie nastroje. Sondaże pokazują nawet kilkunastoprocentowe straty poparcia partii rządzącej, od PO odwracają się gwiazdy popkultury, a nowej pracy szuka już powoli główny PR-owiec Tuska, Igor Ostachowicz.
Zmiany w nastrojach społecznych wskazywałyby na zmęczenie kwiecistą, aczkolwiek pustą retoryką rządu. Wydaje się, że podwyżka podatków, wzrost opłat akcyzowych, dramatycznie wysoki poziom publicznego zadłużenia, afera stoczniowa i hazardowa, totalny paraliż kolei i krytyka ze strony prof. Balcerowicza zrobiły swoje.
Jednak gdy uważnie wsłuchamy się w argumenty medialnych autorytetów i zwykłych obywateli, zauważymy niebezpieczną i daleko posuniętą bezrefleksyjność. Głosowałem na PO, bo bałem się PiS-u; PO zawiodła mnie; Platforma się wypaliła; PO nie jest już sexy – to zdania powtarzane w ostatnim czasie niczym mantra.
Oczywiście nie ma w nich niczego złego, niezadowolenie z rządu Tuska jest naturalną reakcją każdego zainteresowanego życiem publicznym obywatela. Niestety, wyborcy porzucający Platformę nie wykazują się aż tak głęboką refleksją.
Od zawsze byłem gorącym zwolennikiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Akcja podczas której Polacy biorą udział w narodowej zrzutce na zakup sprzętu ratującego życie to prawdziwy skarb, zwłaszcza w kraju z tak słabym systemem opieki zdrowotnej. Dzisiaj jednak – inaczej niż w 2008, 2009 czy w 2010 roku – mam poważne wątpliwości czy warto zostawić trochę gotówki na koncie WOŚP.
Moje obiekcje wzbudziła bowiem zeszłoroczna akcja Owsiaka pt. „Stop powodziom”. Reklamowana jako zbiórka na rzecz powodzian była tak naprawdę kolejną kolektą na zakup potrzebnego państwu sprzętu. Zebrana kwota 2.644.507 zł została w całości przekazana na Ochotnicze Straże Pożarne. Te, na których czele stoi obecny wicepremier Waldemar Pawlak.
Owszem, za zebrane środki zakupiono 430 pomp i 145 agregatów, a datki te podzielono na 575 jednostek OSP (zmniejszając tym samym efektywność pomp do absolutnego minimum – przydzielając niemalże po jednym urządzeniu na jednostkę). Na zbiórkę padł jednak cień podejrzenia o polityczne zaangażowanie.
Ku radości „lemingów” Platformie znowu rośnie. „Mohery” po raz kolejny plują na wszystkich wkoło. Krzyczą, że sondaże są zmanipulowane, a telewizja kłamie. Abstrahując od tej całej politycznej zawieruchy, postaram się w kliku zdaniach wyjaśnić, skąd biorą się tak zaskakująco dobre wyniki Platformy Obywatelskiej. I jak to możliwe, że nawet teraz, kiedy nieudolność rządu widać jak na dłoni, sondaże wskazują na wzrost notowań tej partii.
Weźmy trzech polityków PO: Janusza Palikota, Tomasza Tomczykiewicza i Jarosława Gowina. Zastanówmy się, jak wymienieni powyżej panowie – wszyscy pracujący w ramach jednej partii politycznej – komunikują się z elektoratem. Sprawą, która posłuży nam jako przykład, będzie warszawski konflikt o niedawno przeniesiony krzyż.
Palikot od pochówku prezydenckiej pary wysyła bardzo agresywny i przez to wyraźny komunikat. Wypowiedź w jego stylu ws. przeniesienia krzyża brzmiałaby mniej więcej tak:
Przeniesienie krzyża to za mało! Kaczyńskiego należy – mimo, że nie żyje – wyjąć z trumny i zabić go jeszcze raz. Tylko tym razem publicznie, tak żeby wszyscy widzieli jak to się stało. Tak aby każdy mógł zobaczyć, jak kończy się ten koszmar!
Tomczykiewicz, nowy – i jak mówią niektórzy: przypadkowy – przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, wypowiada się zdecydowanie bardziej stonowanie. W naszym zestawieniu jest człowiekiem środka. W przykładowej sprawie powiedziałby mniej-więcej tak:
Dobrze, że przeniesiono krzyż. To co się pod nim działo, godziło w uczucia religijne większości Polaków. Samo przeniesienie krzyża odbyło się godnie. Szkoda, że PiS i Jarosław Kaczyński doprowadzili do sytuacji, że trzeba było to robić w ukryciu, a nie uroczyście. Na szczęście wbrew tym przeszkodom udało się upamiętnić ofiary na tablicy przed Pałacem i w jego wnętrzu.
Natomiast poseł Gowin, uważany za jednego z najbardziej konserwatywnych polityków PO, mógłby nawet powiedzieć coś pocieszającego dla tzw. „obrońców krzyża”:
To bardzo przykre, że całość odbywała się w konspiracji, ale nie było innego sposobu. Ja bardzo współczuję tym ludziom, którzy tyle tygodni, a nawet miesięcy poświęcili na czuwanie pod krzyżem. I chciałbym ich przeprosić. Przeprosić w imieniu Jarosława Kaczyńskiego. Wiem, że on sam się na to nie zdobędzie, ale tym ludziom za wykorzystywanie ich wiary do politycznej walki po prostu należą się przeprosiny. Natomiast pomnik upamiętający te straszliwe wydarzenia z 10 kwietnia musi powstać i chciałbym zapewnić, że powstanie.
W dzisiejszych czasach najważniejszy jest zysk. W życiu codziennym, w polityce, ale zwłaszcza w biznesie, liczy się przede wszystkim pieniądz. Cała reszta odchodzi na dalszy plan. I chociaż konsumpcjonizm osiągnął już niemal swój szczyt, to sprzedaż towarów wcale nie jest łatwa.
Kiedyś popularność produktom napędzał ich stosunek jakości do ceny. Im coś lepszego i za mniejsze pieniądze, tym lepiej – zarówno dla sprzedawcy jak i dla klienta. Współcześnie tym dość uporządkowanym światem handlu wstrząsnęła jednak nowa dziedzina wiedzy – marketing.
Za jego sprawą wszystko przestało być jasne. Jakość produktów zeszła na drugi, jeśli nie trzeci lub czwarty plan. Prym zaczął wieźć wizerunek. Marka. Czyli mówiąc wprost – wyimaginowany obraz towaru, który powinien posiadać konsument. Branding ma za zadanie zbudować go w umysłach odbiorców. I przekształcić wady w zalety, bądź w najgorszym razie – w niezauważalne cechy produktu.
500 PLN za parę w miarę zwyczajnych przecież butów to zdecydowanie za drogo dla każdego trzeźwo myślącego człowieka. Dlatego też firmy typu Adidas czy Nike nie sprzedają butów. Tzn. nie sprzedają TYLKO butów. Kupując ich produkt nabywca zyskuje coś więcej niż obuwie. Konsument nabywa towar głównie dla całej marketingowej otoczki – nie nabywa butów, a kupuje sport, sprawność fizyczną. Kupuje sobie sposób, w jaki chce być postrzegany w społeczeństwie.
Żeby zostać profesjonalnym sportowcem potrzeba wielu wyrzeczeń i codziennych treningów. By zostać zauważonym trzeba poświęcić wiele czasu i energii. Albo… można udać się do centrum handlowego, wyjąć z kieszeni 500 PLN i kupić sobie wizerunek sportowca. To przecież o wiele prostsze.
Ludzie, którzy nie wierzą w teorię spiskową o zamachu na TU-154M, wyznają teorię jakoby do tragedii doprowadził telefonicznie Jarosław Kaczyński. Ewentualnie jego brat - Prezydent. Ta sytuacja doskonale ilustruje tezę, zgodnie z którą, przeciwległym skrajnościom jest do siebie zdecydowanie bliżej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Największa w Europie parada lesbijek i gejów już za nami. Wbrew wcześniejszym przewidywaniom kolorowe platformy grające głośną muzykę elektroniczną nie wzbudziły większego zainteresowania w kraju. Zwolennicy parady mimo to podkreślają, że cel został osiągnięty – tolerancja zatriumfowała. Czy aby na pewno?
By odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw dowiedzieć się, czym owa popularna „tolerancja” właściwie jest. Medialna definicja tego słowa ma się bowiem nijak do rzeczywistości. Dziennikarze i publicyści namawiając do tolerancji podkreślają konieczność akceptacji danych zachowań i zjawisk. A to dwie zupełnie różne sprawy. Słowo „tolerancja” wywodzi się z łacińskiego tolerantia – czyli "cierpliwa wytrwałość", a także od czasownika tolerare, który oznacza "wytrzymywać", "znosić", "przecierpieć".
Zgodnie z encyklopedyczną definicją, Polacy rzeczywiście – przecierpieli Europride. Nie oznacza to jednak, że sama impreza pomogła w rozwijaniu postawy „nie podoba mi się, ale nie będę podejmował działań przeciwko”. I nie chodzi tutaj o występowanie kontrmanifestacji ze strony środowisk narodowych, bo te – w przypadku manifestowania tak skrajnych zachowań – są rzeczą niemal naturalną.
„Skrajne zachowania? Od kiedy to związki homoseksualne są czymś skrajnym?! Przecież już w starożytności…” – mógłby się ktoś oburzyć po przeczytaniu powyższego akapitu. Nie dotyczy on jednak par złożonych z osób tej samej płci, a samej parady która odbyła się w sercu Warszawy.
W 1963 roku japoński badacz Tadao Umesao ukuł termin „społeczeństwo informacyjne”. W dużym skrócie koncepcja ta zakłada, że wraz z rozwojem nowoczesnych metod komunikowania masowego (a zwłaszcza telewizji), ludzie będą stopniowo odchodzić od tradycyjnych form pozyskiwania informacji, a swoją wiedzę o świecie czerpać będą z mediów.
Teoria Umesao jest obecnie naszą codziennością. Przeciętny obywatel pozyskuje informacje z serwisów telewizyjnych, czy stacji typu TVN24, TVP INFO czy Polsat NEWS. Zagląda też do Internetu, coraz rzadziej sięga po prasę, która była głównym źródłem wiadomości dla naszych dziadków.
Na przestrzeni lat zmienił się jednak nie tylko kanał przekazu informacji z kraju i świata do obywateli. Zmienił się też charakter samego dziennikarstwa. Zawód kojarzony kiedyś ze służbą społeczną, dziś jawi się raczej jako służba interesom ekonomicznym i politycznym wydawcy. Proces ten postępuje we wszystkich krajach, w których mamy do czynienia z wolnością słowa i kapitalistycznym systemem rządów, jednak szczególnie widoczny jest na przykładzie Polski – gdzie kolejne gabinety zdają się nie zauważać problemu manipulowania przekazem społecznym.
Można powiedzieć, że własność prywatna w sferze informowania doprowadziła do prywatyzacji samej informacji. Doszło do procesu, w którym fakty poddawane są rygorom gospodarki wolnorynkowej, prawom ekonomii i biznesu. Wydarzenia przekształcane są w produkty, których głównym celem NIE JEST uczciwość czy rzetelność względem odbiorcy, ale dobry wynik finansowy i wysoka sprzedaż.
Dobry menager wie, że każdy produkt, jeśli ma zostać sprzedany, musi zostać wypozycjonowany i dostosowany do wymagań konkretnego odbiorcy. Dlatego na łamach „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” o jednym i tym samym wydarzeniu możemy przeczytać dwie zupełnie różne relacje. Odwołując się do klasycznego przykładu: dla dziennikarzy Wyborczej IV RP to tylko puste, populistyczne hasło, za którym kryje się agresja, arogancja i zapędy autorytarne Jarosława Kaczyńskiego; dla publicystów Rzeczpospolitej – IV RP to poważny projekt politycznej przebudowy kraju, realizowany w trudnych okolicznościach, w sposób nieco nieporadny.
Tak odmienne interpretacje nie powinny nikogo dziwić – odpowiednie przedstawienie faktów zapewnia sprzedaż na zakładanym poziomie w określonej grupie społecznej. Prasa i telewizje mają swoich odbiorców i – znając ich cechy – dostosowują swój przekaz pod gust konsumentów. Nieważne staje się, kto ma rację i jak było naprawdę. Istotny jest zysk.
Prezydent – według wszystkich dziennikarzy i polityków – był naprawdę serdecznym człowiekiem. Osobą ciepłą, otwartą, przyjazną. Być może trochę nieśmiałą, ale jednocześnie odważną. Patriota, wielki człowiek, bohater. Tak mówi się o Lechu Kaczyńskim od soboty.
Pojawiły się zdjęcia, skrzętnie do tej pory ukrywane, na których Prezydent nie ma dziwnej miny, nie ziewa, nie ma zamkniętych oczu. Pojawiły się materiały filmowe, na których jak najbardziej godnie Lech Kaczyński reprezentuje nasz naród. Dziennikarze zaczęli mówić wprost – to był najlepszy prezydent w historii wolnej polski.
Jak do tego ciepłego, miłego i wartościowego człowieka podchodzono jeszcze tydzień temu? Jak traktowali go dziennikarze?! Jaki obraz Lecha Kaczyńskiego prezentowali!?
Irasiad, szalik narodowy na drugą stronę, wykrzywione usta, Roker Perejro… Byli i tacy, którzy zaśmiewali się głośno przytakując, kiedy Prezydenta nazywano chamem, alkoholikiem… Jacek Żakowski stwierdził nawet, z dziennikarską i wręcz lekarską „obiektywnością”, że Lech Kaczyński ma problemy psychiczne.
Prezydenta oskarżano o marnotrawienie środków publicznych. Za duża administracja, za dużo ochrony, za dużo przywilejów. Źle, że wożą go z obstawą, że go chronią. Dla wielu był to znak, że chyba się czegoś boi… Może to jakieś zaburzenia maniakalno-depresyjne – stwierdził z pełną powagą w „Szkle kontaktowym” jakiś yntelygent, popierający partię jedynie słuszną...
Powstały nawet plakaty, na których człowiek podobny do Lecha Kaczyńskiego domaga się BOR-owców i limuzyn. Miał on – o zgrozo! – wyśmiewać rzekomą skłonność Prezydenta do szastania naszymi pieniędzmi.
Dzisiaj dowiadujemy się, że Kaczyńscy byli wyjątkowo skromni. Maria chodziła do przeciętnych sklepów – zazwyczaj piechotą – co dziś poświadczają ekspedientki tam pracujące. Lech był zaś prawdziwym mężem stanu, wzorem do naśladowania dla każdego, wielkim patriotą.
Gdy żałoba minie i media zaczną znów nadawać informacje w właściwy dla siebie sposób – pamiętajmy, jak wielce są nieobiektywne. Jak wiele kłamstw i jadu dziennikarze potrafią wlać w nasze serca i umysły. Pamiętajmy, zwłaszcza teraz, gdy już z typową zawiścią, podnosi się haniebne larum: „Kaczyński? Na Wawelu?! WSTYD!!”.
Jak co roku, tak i w nowym dziesięcioleciu rusza Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. I znów – tak jak rok i dwa lata temu – słuchacze Radia Maryja szaleją z nienawiści. Przyzwyczailiśmy się, że za każdym razem przy finale WOŚP pojawiają się głosy potępiające fakt zarabiania przez Owsiaka i jego (nielicznych co prawda) współpracowników na Orkiestrze. Jest to związane zapewne z jakimś niedorzecznym przekonaniem, że filantrop musi oddać wszystko innym, samemu głodując po godzinach pracy.
Wśród przeciwników akcji rzadko jednak padają merytoryczne argumenty. Zwłaszcza na antenie toruńskiego radia. Warto jednak poświęcić trochę uwagi na lekturę tych zabawniejszych wypowiedzi:
„Nowy rok niech będzie, żeby ludzie to sobie pod uwagę wzięli i nie dawać, bo oni nawet na place kościelne wchodzą żeby się załgać no i pozbierają i od tych dzieci, od młodzieży też i każdy tak później przyklepie, przygłaska no i Owsiak sobie żyje.”
„Co z tego, że miasto dostało od WOŚP karetkę, skoro nie przyjechała na wezwanie i przez to zmarła kobieta!? No i ten Przystanek Woodstck…”
„…ludzie nie wiedzą ile faktycznie złego i deprawacji młodzieży przy tej okazji pan Owsiak stara się zrobić. I robi to.”
„Ja tak krótko na temat pana Owsiaka. Dla mnie jest to niestety fundacja zła, która daje bardzo zły przykład i do tego utrzymuje Krisznę, tą sektę.”
Nieco ponad pięć miesięcy temu pisałem, że sprawa ograniczenia wolności Internetu wróci, jak tylko eurokraci rozsiądą się wygodnie na swoich nowych, brukselskich posadach. Fotele już dobrze zagrzane, czas więc najwyższy przystąpić do kontynuacji prac, które tak beztrosko porzucono w pierwszej połowie roku, przed wyborami.
Jak donosi Blackout Europe Polska, była francuska minister kultury, Catherine Trautmann, już zdążyła wykreślić z tzw. Pakietu Telekomunikacyjnego poprawkę 138/46, która gwarantowała, że nikt nie zostanie odcięty od Internetu (bądź poszczególnych jego zasobów) bez wyroku sądu. Cały zapis brzmiał dokładnie tak:
„Żadna restrykcja nie może być nałożona bez uprzedniego wyroku sądu - z wyjątkiem zagrożenia publicznego”
Zapis ten gwarantował, że w UE nie zostanie wprowadzone nic, co chociaż trochę przypominałoby francuskie prawo internetowe, znane pod skrótem HADOPI (od Haute Autorité pour la diffusion des œuvres et la protection des droits sur Internet – czyli Wysokiego Urzędu ds. rozpowszechniania utworów i ochrony praw w Internecie). Już sama nazwa utworzonej we Francji instytucji przywodzi na myśl nie tak dawno zlikwidowany w naszym kraju Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Mówiąc wprost – komunistyczną cenzurę.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|