To już trzecie spotkanie z cyklu przedwyborczych debat zorganizowanych przez Tomasza Machałę w serwisie Facebook. Tym razem w szranki z internautami stanął kandydat SLD – Grzegorz Napieralski. Tydzień temu mieliśmy okazję porozmawiać z Markiem Jurkiem, a jako pierwszy odważnie stawił się Andrzej Olechowski.
Pierwsze wrażenie po zadaniu pytań i wysłuchaniu odpowiedzi – bardzo pozytywne. Widać, że Napieralski, pomimo nikłego poparcia, to zupełnie inna liga niż jego poprzednicy. Parę dni przed debatą poprosił na twitterze, by mówić do niego „na Ty”. Dzięki temu internauci byli o wiele bardziej swobodni, zwracając się do kandydata nawet po imieniu. Sam Napieralski był także dużo bardziej bezpośredni i mniej spięty niż kandydaci debatujący na Facebooku wcześniej.
Kandydatowi zadałem 4 pytania, uzyskałem odpowiedź na wszystkie. Na jedno z nich w imieniu kandydata Sojuszu Lewicy Demokratycznej odpowiedział Tomasz Kalita – rzecznik prasowy lewicy, który bardzo aktywnie wspierał swojego lidera podczas debaty. Poruszane przeze mnie kwestie i odpowiedzi kandydata prezentuję jak zwykle poniżej:
Piechuła: ~Witam serdecznie mojego imiennika! Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem dotyczącym Pańskiej kandydatury pojawiały się głosy (m.in. Wojciecha Olejniczaka), w których Pańscy koledzy ostrzegali - jeśli wynik nie będzie dwucyfrowy, wyciągnięte zostaną konsekwencje. Czy nie jest tak, że wybory to tylko pierwszy akt w rozgrywanej w SLD sztuce pt. "Pozbyć się Napieralsakiego"? I dlaczego zgodził się Pan na kandydowanie?
Grzegorz Napieralski: Wierzę głęboko że jest szansa. Jeżeli nie wszystkich przekonałem- mówi się trudno. W trudnych chwilach na barkach przewodniczącego spoczywa duża odpowiedzialność. Ja się jej nie boję, dlatego startuję. Uważam że musimy pokazać że jest alternatywa nie tylko Kaczyński- Komorowski, bo to fałszywa alternatywa. Jest prawdziwa lewica- prawica. Nie boję się rozgrywek w partii.
Chęć ubiegania się o fotel głowy państwa w przyspieszonych wyborach prezydenckich zgłosiły 22 komitety wyborcze. Poza znanymi postaciami świata polityki, takimi jak Marek Jurek, Jarosław Kaczyński, Bronisław Komorowski, Janusz Korwin-Mikke, Andrzej Lepper, Grzegorz Napieralski, Andrzej Olechowski czy Waldemar Pawlak, swoją kandydaturę wysunęło także 14 innych osób.
O tych kandydatach często nie wspomina się ani słowem. Zapewne większa część z nich nie zdoła zebrać wymaganych 100 000 podpisów, które umożliwiłyby im udział w walce o Prezydencki Pałac. Czy jest czego żałować? Przekonajmy się sami. Poniżej przedstawiam kilka podstawowych informacji, które pomogą przybliżyć sylwetki nieobecnych w środkach masowego przekazu kandydatów.

Papier nie kłamie. Nieprawdziwe mogą być tylko słowa na nim pisane. Kłamstwa powstają zarówno w dobrej wierze – poprzez prezentację swoich poglądów, które niekoniecznie muszą być zgodne z rzeczywistością; ale też w sposób świadomy – by komuś zaszkodzić, wzbudzić kontrowersje, zyskać rozgłos.
Paweł Zyzak, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, dawny działacz młodzieżowych zastępów PiS, a od października 2008 r. szeregowy pracownik Krakowskiego IPN-u (przyjęty w zastępstwie innego pracownika, na czas jego urlopu). Postać, wydawałoby się, mało znacząca. 24-letni historyk z tytułem magistra jest przecież nikim przy takiej postaci, jak nagrodzony Noblem, zasłużony dla kraju i Europy, bogaty doświadczeniem – były Prezydent RP – Lech Wałęsa.
Życie pokazało jednak, że nawet tak niepozorna osoba może wywołać w naszym kraju polityczną burzę. Wystarczy napisać książkę, w której – zgodnie z własnym uznaniem i według posiadanego kunsztu – wyłoży się swoje zdanie na temat tzw. „legendy solidarności”.

Lewica, postkomuniści, radykalni konserwatyści, prawicowcy, zwolennicy Radia Maryja razem. Taka niezwykła jednomyślność i swoista koalicja w naszym Sejmie nie pojawia się często. Dlatego tym bardziej należy zwrócić na nią uwagę.
Rzecz oczywiście dotyczy podwyżki… bądź – jak nazywają ją parlamentarzyści – „rewaloryzacji wynikającej z inflacji”, którą otrzymali posłowie. Zacznijmy jednak od początku…
Ile zarabia poseł?
W zeszłym roku kwota ta wynosiła ok. 9 892 zł brutto miesięcznie + 25% z tej kwoty, która trafia do kieszeni naszych wybrańców z tytułu diety. W sumie 12 365 zł miesięcznie na głowę. Uznając tę kwotę za średnią wysokość wynagrodzenia i uświadamiając sobie, że w Sejmie takich głów mamy 460, to za pomocą prostych obliczeń można dojść do wniosku, że miesiąc działania izby niższej naszego parlamentu kosztuje nas 5 687 900 zł. Prawie sześć milionów złotych. Rok pracy posłów to już kwota 68 254 800 zł. 4 letnia kadencja to już koszt
~273 019 200 zł (słownie dwieście siedemdziesiąt trzy miliony złotych!). Oczywiście do powyższych sum należy dodać odpowiednio wysokie kwoty przeznaczone na utrzymanie biur poselskich, oraz ewentualne dodatki i premie.
400 zł miesięcznie więcej – co to oznacza?
Od tego roku powyższa sytuacja się zmieni. Poseł będzie zarabiać miesięcznie 10 278 zł
(z dietą 12 847 zł), czyli 154 170 zł rocznie. Przez następne 12 miesięcy nasz budżet będzie dodatkowo obciążony z tytuły wyższych pensji poselskich o 2 208 000 zł. Także i w tych obliczeniach nie uwzględniono kwoty, jaka zostaje przeznaczona na prowadzenie biur poselskich. Powyższe sumy dotyczą więc tylko i wyłącznie tego, co posłowie dostają za swoją pracę.
Jak komentują to posłowie?
„Tak ciężko pracuję, że powinienem zarabiać jeszcze więcej” - Ryszard Kalisz (SLD);
„Najpierw trzeba szukać środków (oszczędności) w administracji publicznej. Gdy to nie przyniesie efektu, trzeba będzie zatrzymać zaplanowane inwestycje, potem zwiększyć deficyt budżetowy, a dopiero potem ruszać waloryzację (pensji poselskich – przyp. autora)” - Jarosław Kalinowski (PSL);
„Wydaje mi się, że krzywdzące jest to, że tylko posłów piętnuje się za wyższe płace. Przecież nie jesteśmy jakimiś wyjątkowymi krezusami” - Tadeusz Cymański (PiS);
„Jeśli obywateli tak boli wynagradzanie za pracę poselską, trzeba wrócić do PRL, wtedy posłowie nie otrzymywali pieniędzy, bo pracowali wyłącznie społecznie” - Joanna Senyszyn (SLD).
Droga Pani Senyszyn – informuję panią uprzejmie, że np. w Szwajcarii działalność polityczna nie jest traktowana jako zawód, a więc i politycy nie otrzymują żadnego uposażenia, wypłat, pensji z tytułu pełnienia mandatu społecznego. Nie powie Pani chyba, że Szwajcaria jest krajem komunistycznym?
Nie mniej jednak, powyższe liczby, zachowanie parlamentarzystów, pogarda z jaką traktują pieniądze uzyskiwane z naszych podatków (zresztą w większości irracjonalnie niestosownych do zarobków), pokazują w sposób doskonały, gdzie nasza Wiejska Obora ma tak chwytliwe i często powtarzane hasła jak oszczędności czy zaciskanie pasa…

Politolog Kazimierz Kik znany jest z krytyki lewicy za brak konkretnych działań i skupianie się na propagandowych gestach. Twierdzi, że środowisko SLD - partii wypalonej i skompromitowanej w oczach wyborców – nie ma prawa występować jako główna lewicowa siła w kraju. Stąd też pomysł stworzenia Centrolewicy. Nowej inicjatywy na lewym skrzydle.
Czy to dobry pomysł? Koncepcja w swoich założeniach jak najbardziej słuszna. Lewica potrzebuje bowiem świeżej krwi, nowego „kopa” na drogę. Zgadzam się z profesorem Kikiem, że niezbędne są nowe twarze i charyzmatyczni przywódcy. Konieczna jest jakaś zdecydowana, ale zarazem i oryginalna w swoich założeniach inicjatywa.
Niestety, pomysł Kika jest podobny do dziesiątek innych. Nowa partia ma bowiem opierać się na SDPL, PD i Zielonych 2004. Czyli ma być mniej-więcej kopią LiD-u, tyle, że bez SLD. Chociaż też nie do końca.
Kik zdaje sobie bowiem sprawę, że dwie lewicowe listy wyborcze w wyborach do parlamentu europejskiego – które odbędą się już 7 czerwca, mogą nie tyle pomóc w stworzeniu nowego ruchu lewicowego, co pogrzebać lewicę w ogóle. Zarówno SLD jak i Centrolewica mogą bowiem przepaść w takiej konstelacji. Jak donosi Rzeczpospolita – profesor Kik przyznaje więc, że jego ruch, który w swoich założeniach ma być całkowitym odcięciem się od skorumpowanych polityków SLD, prowadzi rozmowy z politykami tej partii w sprawie porozumienia. Hipokryzja.

Ten wpis jest w istocie omówieniem sposobu realizacji hasła „tolerancji” w ramach lewicowej ideologii polityczno-społecznej. Do jego napisania zachęciło mnie powszechne fałszywe rozumienie tej idei.
Człowiek lewicy to osoba, która powinna szanować ludzkie prawo do zróżnicowanych poglądów. Lewicowe idee zakładają wyrównywanie szans, poszanowanie dla mniejszości, tolerancję. Dla nowo-prawicy oznacza to mniej więcej tyle, że wolność słowa należy się jej wyznawcom, a osoby o innych poglądach winny milczeć. Bowiem każde odmienne zdanie jest atakiem, naruszającym ich poglądy, a tym samym zaprzeczeniem idei lewicowej tolerancji.

Wynik wyborczej debaty okazał się być z góry możliwy do przewidzenia. Nie było niczego nowego, nikt nie popisał się błyskotliwością, nie zaskoczył. Jarek jak zawsze ciągnął swoją wizję polskiej Białorusi, którą nazywa IV RP, a więc kraju gdzie połowa narodu jest lepsza, druga zaś powinna czym prędzej wyemigrować zmniejszając przy tym bezrobocie. Olek mówił bardziej konkretnie, ale mało obrazowo, a przez to jego przekaz był wybiórczy w formie. Osobiście bliżej mi do Kwaśniewskiego, gdyż z Kaczyńskim dzieli mnie przepaść. Jest to otchłań poglądowa, pokoleniowa, intelektualna (formalnie na moją niekorzyść, praktycznie – nie mnie oceniać ;)), estetyczna, kulturalna, polityczna…
Długo by wymieniać.
W każdym razie myślę, że PO raczej nie traci w związku z tym spektaklem, który okazał się kolejnym odcinkiem „Teraz MY!” w nieco zmienionej formie, a więc niczym nadzwyczajnym. Na scenie politycznych sondażów przedwyborczych trzęsienia ziemi raczej nie będzie, stacje telewizyjne podbiły sobie oglądalność, politycy zrobili sobie darmową kampanię, widzowie są rozczarowani brakiem mięsa i krwi na igrzyskach, a każdy i tak zagłosuje na swojego...
Puentując – debata była, ale jest tak jakby jej nie było.

Debata Kwaśniewskiego z Kaczyńskim – w poniedziałek 1 października o 20:00, m.in. w TVN24. W sensie taktycznym – bardzo dobre zagranie LiD-u i PiS-u. LiD ma okazję promować siebie jako jedyną alternatywę dla rządów fanatycznych katolików, zaś PiS nic nie traci, a może jedynie zyskać. Dlaczego? O ile LiD może stracić jeśli Kwaśniewski nie podoła zadaniu, o tyle nawet przegrany PiS nie utraci swoich wyborców. Elektorat PiS-u i Lewicy jest bowiem zupełnie odmienny, nie przenika się. Wygrana LiD-u zabierze zapewne 1-2% wyborców PO, wahających się na kogo oddać głos. W przypadku debaty Tusk – Kaczyński, istnienie zaś ryzyko, że to PiS przegra, co mogłoby zaszkodzić partii Kaczyńskiego, bo wiadomo przecież, że część elektoratu PiS-u ma sentyment do PO.
Kaczyński wybrał więc rozsądnie – idzie na debatę, na której nie straci poparcia, a nawet więcej – może odebrać nieco wyborców Platformie, tak samo jak LiD. A więc ktokolwiek nie wygrałby w tej debacie – przegranym będzie tylko Tusk.
Przewodniczący Platformy kwituje więc tą sytuację tak:
„Premier potrafi niczym rozkapryszony smarkacz w piaskownicy brać łopatkę i starać się wszystkich tą łopatką uderzać.”
„Jarosław Kaczyński nie pierwszy raz zachowuje się jak taki źle wychowany, naburmuszony berbeć.”
Czy tylko mi się wydaje, że to Tusk skamle tutaj jak dziecko, któremu mamusia nie kupiła zabawki? Obrażając swojego oponenta, który sprawę debat rozegrał bardzo dobrze taktycznie, jest poważny? Czy poza epitetami ktokolwiek dopatruje się w tej wypowiedzi chociażby jednego merytorycznego zdania? Tusk idzie jednak dalej w swoich wywodach o liderze PiS-u:
„Nie mając argumentów stara się zawsze upokarzać. Jednak każdy, kto chce wmówić Polakom, że PO jest nieliczącym się ugrupowaniem, kłamie.”
Oczywiście – zgadzam się, że Kaczyński praktykuje taką politykę. Nie stroni od epitetów, a jego argumenty nigdy jeszcze mnie nie przekonały. Jednak Panie Tusk, a Pan to niby co właśnie robi? Czy nie stara się Pan upokorzyć oponenta? Czy nie posługuje się Pan jedynie obraźliwymi epitetami, jednocześnie zarzucając to samo Kaczyńskiemu?
Hipokryzja? Nie sądzę... Raczej kolejny dowód na to, że Platformę od PiS-u nie różni wiele, żeby nie powiedzieć, że nie różni praktycznie nic... Wstyd. Dlatego też jestem dumny z tego, że na żadnego z tych Panów głosu nie oddam. Olek, mam nadzieję, że się sprawdzisz w poniedziałek! Oby tylko merytorycznie!

Byłbym nie w porządku wobec siebie, gdybym nie napisał tego, co chyba wszystkim ciśnie się na usta. Ja rozumiem, wschodnia gościnność, dużo procentów, wytrzymałe głowy miejscowych... Ale do cholery jasnej! Olek, co Ty robisz?! Przecież dzieci nawet wiedzą, że w pracy się nie pije! A zwłaszcza gdy jest się byłym prezydentem odwiedzającym inne państwo! Pracujesz przy kamerach, a jesteś zalany w trupa, oszalałeś? Jarek i spółka wypominali Ci niedawno incydent w Charkowie, myślisz że przyznając im rację o swoim alkoholizmie pomagasz lewicy?! LiD, który stara się odbudować swój wizerunek dał Ci szansę na powrót do polityki, uczynił z Ciebie lidera ich ugrupowania. Miałeś robić za mentora, „wujka dobrą radę”! Dostałeś kredyt zaufania i zawiodłeś nas wszystkich. Bo jak inaczej nazwać takie postępowanie? Jedziesz wykładać za granicę naszego kraju w okresie kampanii wyborczej i wystawiasz swoim kolegom takie świadectwo. Głupota? Bezmyślność? Nieodpowiedzialność?!
Wstyd, Olek... wstyd. Miałeś pomagać lewicy odbudować społeczne zaufanie, a jak do tej pory jedynie nam szkodzisz (pamiętamy Twój niefortunny wywiad dla niemieckiej prasy...). Pokazujesz dobitnie, że LiD powinien wysłać Cię razem z Twoim „męskim przyjacielem”, Panem Leszkiem Millerem, na zasłużoną emeryturę. Tak, abyś nie miał możliwości psucia własnej reputacji...

Tytułowe pytanie stało się ostatnio niezwykle aktualne. Nie ukrywam, że mam spore obawy o to, że właściwie nic się nie zmieni. PiS trzyma się mocno, sondaże zaczynają wskazywać na możliwość wygranej tej partii. Premier i jego poddani rozpoczęli kampanię z dużym wyprzedzeniem, co jest kluczowe w Polsce. Inne partie zabierają się dopiero do prezentacji programu wyborczego – PiS zdecydowanie machnął ręką na ten „szczegół” – wiadomo, „ciemny lud” i tak tego nie czyta.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|