Wyobraźcie sobie Państwo, co by się stało, gdyby były szef FBI, np. Louis Joseph Freeh, powiedział w wywiadzie, że za kadencji Billa Clintona stało się jasne, że Partia Demokratyczna brała udział w praniu brudnych pieniędzy dla mafii, a za część z nich opłacała swoją działalność. Gdyby Freeh dodał do tego, że śledztwu w tej sprawie ukręcono łeb ze względu na polityczne konotacje ówczesnego Prezydenta USA, skandal były podwójny i zapewne bardzo szybko pojawiłyby się głosy sugerujące, że to sprawa kilkakrotnie większa od afery Watergate.
Taka sytuacja, w mikroskali i w krzywym zwierciadle, miała miejsce dzisiaj w Polsce. Tygodnik „Uważam Rze” opublikował w poniedziałek obszerny wywiad z byłym szefem CBA (które, tak jak FBI, zajmuje się m.in. dochodzeniami ws. wysoko postawionych osób, także członków rządu federalnego i administracji państwowej) Mariuszem Kamińskim.
Z rozmowy przeprowadzonej przez Cezarego Gmyza i Piotra Zarembę dowiadujemy się, że CBA jest w posiadaniu zeznań świadka koronnego, z których wynika, że Mirosław Drzewiecki, w czasach gdy był skarbnikiem raczkującej wtedy Platformy Obywatelskiej, utrzymywał stałe kontakty z gangsterami z mafii pruszkowskiej i był zaangażowany „w proceder legalizowania pieniędzy mafii, czyli prania brudnych pieniędzy”. Mało tego, Kamiński dodaje, że „z informacji tych wynikało również, że część tych środków została przeznaczona na nielegalne finansowanie Platformy Obywatelskiej”.
Warto też zwrócić uwagę, że to tylko jeden z wielu zarzutów, które stawia w rozmowie z redaktorami „Uważam Rze” były szef CBA. Pozostałe dotyczą zażywania kokainy, przyjmowania łapówek, ręcznego sterowania prokuraturą w niewygodnych dla siebie sprawach… Skandal?
Premier Donald Tusk wypowiedział kolejną już w tej kadencji wojnę. Tym razem, po pedofilach, hazardzistach i sprzedawcach dopalaczy, przyszła pora na kibiców. A precyzyjniej rzecz ujmując, na zadymiarzy.
Owi zadymiarze, zwani ongiś kibolami, to po prostu stadionowi bandyci, stanowiący zagrożenie dla normalnych kibiców piłkarskich, a także dla samych drużyn i polskiej piłki nożnej jako takiej. Walka z nimi, w przeciwieństwie np. do wspomnianej już wojny z hazardem, nie budzi więc większych kontrowersji. Z przestępcami, którzy fizyczną przemoc przybrali sobie za swój atrybut, trzeba walczyć z całą bezwzględnością.
Jednak czy zamykanie stadionów dla wszystkich kibiców stanowi dobry środek w walce ze zjawiskiem okołopiłkarskiego bandytyzmu? Śmiem wątpić. Mieliśmy okazję przekonać się podczas zamkniętych meczów w Warszawie i Poznaniu, że kibice na takie spotkania i tak przychodzą. Stoją pod stadionami, manifestują swoje niezadowolenie, ich środowisko się konsoliduje. Tym sposobem zwykli kibice walczą ramię w ramię z kibolami, broniąc wspólnej sprawy.
Sami zadymiarze mają się przy tym świetnie. Co prawda nie demolują stadionów (co wbrew pozorom nie zdarza się tak często), ale nadal czują się panami na osiedlach i ulicach polskich miast. Problem kiboli, to bowiem nie tylko zadymy na stadionach w czasie meczów. To patologia dużo szersza, dająca się we znaki często ludziom kompletnie niezainteresowanym rodzimym futbolem.
Polscy żołnierze wyszli na ulice Gdańska, Gdyni, Elbląga i Szczecina 17 grudnia 1970 roku. Legioniści Rzeczypospolitej otwarli ogień do polskich obywateli. Strzelali ostrą amunicją. Strzelali by zabić.
W grudniu 1970 roku zastrzelono – według dostępnych dziś danych – 44 Polaków. Ponad 1160 naszych babć, dziadków i rodziców zostało rannych. Milicja i wojsko, powołane by chronić polski naród, wykonało na nim straszliwą, polityczną egzekucję. Zadaniem funkcjonariuszy było stłumienie fali protestów, które wybuchły po ogłoszeniu drastycznej podwyżki cen na artykuły spożywcze.
Odpowiedzialnością za te hańbiące wydarzenia obarcza się dzisiaj m.in. Wojciecha Jaruzelskiego – ongiś wskazanego w procesie niedemokratycznej elekcji do pełnienia roli Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, obecnie nieformalnego członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Bronisławie Komorowskim.
Powszechnie uważa się, że największą przewiną generała Jaruzelskiego jest odpowiedzialność za wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 roku, podczas którego zginęła nieznana precyzyjnie do dziś liczba Polaków. Nie wolno nam jednak zapomnieć, że człowiek ten odgrywał kierowniczą rolę 11 lat wcześniej, 17 grudnia 1970 roku, kiedy to miejsce miała masakra robotników na Wybrzeżu.
Do niedawna wydawało się, że nie ma i nie może być większej zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, jak zdrada obywateli i zlecanie politycznych morderstw na Polakach. Dzisiaj jednak wiemy, że można zrobić coś o wiele gorszego – nazywać rzeczonego zdrajcę bohaterem i ekspertem, prezydentem wolnej Polski, symbolem przemian. To bowiem nie tylko mijanie się z prawdą, ale też opluwanie pamięci Polaków, tak bestialsko i z zimną krwią zamordowanych pod okiem Wojciecha Jaruzelskiego.
Na początku tego roku, przy okazji afery hazardowej, jeden z jej głównych bohaterów – Mirosław Drzewiecki, w przypływie nagłej szczerości podzielił się swoim zdaniem na temat Polski. Były minister sportu stwierdził w rozmowie z dziennikarzem na Florydzie, że żyjemy w kraju dzikim. On sam miał być tego zresztą najlepszym przykładem. Drzewiecki zapewniał jednocześnie, że gardzi polityką.
Oczywiście, w tamtym momencie, w kontekście afery hazardowej, nie sposób było się z powyższymi tezami zgodzić. Dzisiaj jednak okazuje się, że „Miro” wypowiedział słowa prorocze.
Jak bowiem inaczej określić miejsce, w którym od niemal 5 lat większość mediów serwuje obywatelom codzienną dawkę seansu nienawiści wobec iście orwellowskiego Goldsteina – Jarosława Kaczyńskiego, a gdy przekaz zaczyna przynosić nieprzewidziane rezultaty, wszyscy umywają ręce? Jak nazwać dziennikarkę, która poderżnięcie gardła nazywa niegroźnymi „ranami powierzchownymi”? Jak inaczej można odnosić się do kraju, gdzie osobę, która miała być ofiarą mordu, oskarża się wyłącznie w oparciu o własne fantazje o inicjowanie zamachu na samego siebie? Gdzie indziej, jak nie w dzikim kraju właśnie, można znaleźć dziennikarzy, którzy będą starali się za wszelką cenę udowodnić, że oszalały z nienawiści do PiS-u morderca jest „kolejnym już wykorzystywaniem agresji i śmierci przez Jarosława Kaczyńskiego w polityce”, a nie efektem ich codziennej pracy nad zohydzeniem wizerunku tego człowieka?
Takich rzeczy nigdy nie było w Polsce. Takie sytuacje zdarzają się wyłącznie w Dzikim Kraju.
Dla politycznych blogerów nastały dziwne czasy. Za słowa krytyki pod adresem wiceprzewodniczącego Platformy Obywatelskiej Janusza Palikota, można najpierw dostać sądowe pogróżki, a następnie propozycję autocenzury w zamian za "zobowiązania o wymiarze stricte finansowym". Ciekawe ilu dziennikarzy poseł z Biłgoraja kupił sobie w ten sposób?
Historia Legii Warszawa sięga 1916 roku, kiedy to jej piłkarska drużyna zadebiutowała na murawie. Współcześnie klub jest dziewięciokrotnym mistrzem polski (w tym jeden tytuł odebrany przez PZPN), którego siedziba mieści się przy ul. Łazienkowskiej 3 w Warszawie. Stadion tej drużyny może pomieścić 13 628 kibiców. Obecnie trenerem zespołu jest Stefan Białas, a prezesem Leszek Miklas.
Na pierwszy rzut oka – typowa drużyna piłkarska. Są jednak informacje, które mogą budzić niepokój.
Od kwietnia 2004 roku Legia Warszawa w 80% należy do holdingu Grupy ITI. Ten sam koncern jest właścicielem wielu stacji telewizyjnych (cała grupa TVN, platforma „n”), portali internetowych (Onet.pl, Onet.tv, Zumi, TVN24.pl), a także Multikina i Tygodnika Powszechnego.
Od 2 grudnia 2006 roku Prezydentem Miasta Warszawa jest była prezes NBP, członkini Platformy Obywatelskiej – Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jedną z pierwszych decyzji, które podjęła pani prezydent, było przekazanie 460 000 000 PLN na rzecz Legii Warszawa. I to zupełnie niezależnie od budowy Stadionu Narodowego.
Kibice oprotestowali posiedzenia Rady Miasta, przychodząc na nie z transparentami głoszącymi: "500 milionów dla Waltera, dla warszawiaków - nic!", "Miejski stadion dla kibiców, nie sponsorujcie milionerów z ITI!".
Pomimo tego, Gronkiewicz-Waltz podtrzymała swoją decyzję. Nie przekonały ją nawet tak popularne wówczas argumenty o światowym kryzysie finansowym. Protestujących kibiców nazwała kibolami, a dziennikarza radiowej Trójki, który dopytywał o kwestię finansowania Legii Warszawa, oskarżyła o głosowanie na PiS i wspieranie ludzi, którzy z PO odeszli (pokroju Piskorskiego). Oburzyła się też, że dziennikarz nie pracuje dla prywatnej stacji jak Radio Zet (WTF?) i że zaprasza ją za rzadko. A gdy już zaprosi, to bezczelnie pyta o te 460 milionów złotych.
Chyba nawet najbardziej zagorzali sympatycy TVN-u i Szkła Kontaktowego zgodzą się, że stacja ta znacznie łagodniej i przychylniej podchodzi do polityków Platformy Obywatelskiej. Ot, taka linia programowa. Jest to zupełnie zgodne z prawem. Tak samo jak zgodne z prawem są działania pani Gronkiewicz-Waltz.
Jednak warto zadać sobie pytanie, czy nie zachodzi tutaj prawdopodobieństwo konfliktu interesów? O korupcję nikogo tutaj oskarżyć nie można, nawet jeśli w głębi serca wszyscy podejrzewają, że miała miejsce.
460 milionów złotych z kieszeni podatników w zamian za życzliwość dziennikarzy? Czemu nie, Platformę to przecież nic nie kosztuje…
Radosław Sikorski ma 47 lat. Obecnie sprawuje funkcję Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska. Jest także członkiem powołanego 1 stycznia 2010 roku Komitetu ds. Europejskich przy Radzie Ministrów. W ubiegłych latach był m.in. Ministrem Obrony Narodowej w rządach Kaczyńskiego i Marcinkiewicza.
Sikorski cieszy się do tego dużym poparciem społecznym, mając jednocześnie niewielki elektorat negatywny. Wydawałaby się, że to idealny kandydat na prezydenta.
Jednak już samo jego członkowstwo w Radzie Ministrów jakiegokolwiek premiera uwłacza powadze sprawowanego przezeń urzędu i stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa RP i jej interesów. Dlaczego? Postaram się wytłumaczyć poniżej.
Przeciw Radosławowi Sikorskiemu można wysunąć wiele merytorycznych zarzutów w kwestii polityki MSZ, którym kieruje. Politycy różnych opcji z polotem rozwodzą się ostatnio na ten temat na łamach prasy i innych mediów. Wystarczy jednak sięgnąć do ostatnich „sukcesów” Ministerstwa Spraw Zagranicznych, by mieć pojęcie o poziomie jaki reprezentuje szef tej instytucji.
Przyjazd Władimira Putina na obchody rocznicy zbrodni katyńskiej i jego zaproszenie wystosowane względem Donalda Tuska okrzyknięto w mediach spektakularnym sukcesem i przełomowym momentem w stosunkach Polsko – Rosyjskich. Czar jednak pryska, gdy uświadomimy sobie, że obchody tej tragicznej rocznicy przygotowuje Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z siedzibą w Warszawie, a nie Rosja. W istocie wychodzi więc na to, że premier obcego państwa zaprasza naszych polityków na obchody rocznicy, które sami organizujemy. Dodatkowo, politycy PO uznali, że skoro Putin nie zaprosił w imieniu POLSKIEJ ORGANIZACJI Prezydenta RP, oznacza to, że Lech Kaczyński nie powinien w ogóle się na niej pojawiać.
Podobnych przykładów działania polskiego MSZ pod wodzą Sikorskiego możemy znaleźć naprawdę sporo. To jednak nic przy tym, co o byłym wiceministrze obrony w rządzie Jana Olszewskiego wykryły tajne służby.
Komisja hazardowa działa już od końca zeszłego roku. W listopadzie 2009 wybrano skład i powołano do życia nowe parlamentarne ciało śledcze. Od czasów komisji ds. Afery Rywina, która zatopiła okręt „żelaznego kanclerza” Millera i dodała skrzydeł PiS-owi (głównie za sprawą posła śledczego Ziobry), dzisiejsza komisja jest zdecydowanie najbardziej interesującym organem powołanym przez posłów do wyjaśnienia jakiejś sprawy. Dlatego też nie mogę już dłużej na ten temat milczeć.
Dzieje komisji hazardowej są zawiłe – Sejm najpierw zadecydował, że zasiądzie w niej 7 posłów – 3 z PO: Jarosław Urbaniak, Sławomir Neumann i Mirosław Sekuła; dwóch z PiS-u: Beata Kempa i Zbigniew Wassermann i po jednym z SLD (Bartosz Arłukowicz) i PSL (Franciszek Stefaniuk).
PO – główny podejrzany w aferze – zyskał więc najliczniejszą reprezentację w komisji. Jeśli dodać do tego pana Stefaniuka z koalicyjnego PSL-u wyjdzie na to, że korupcję i prawdopodobieństwo układania się z mafią rząd wyjaśni we własnym gronie. Jest to swoiste spełnienie marzeń każdego kryminalisty - jaki oskarżony nie chciałby stanąć przed sądem złożonym ze swojej żony, dzieci i rodziców?
Jednak Platforma okazała się nawet przy tak sprzyjającym składzie komisji zupełnie nieudolna. Zdecydowała się iść na wojnę z całą opozycją, próbując – zamiast zająć się cmentarnymi dyskusjami Chlebowskiego – badać losy ustawy hazardowej we wszystkich poprzednich rządach. Zamiast spróbować pokazać się jako uczciwa partia, która sama tępi zło we własnych szeregach, zdecydowano się wyrzucić posłankę Kempę i posła Wassermanna. Pojawiły się rozdźwięki w partii. Schetyna, urażony swoją degradacją do roli szefa klubu Platformy Obywatelskiej, coraz bardziej odcina się od Tuska i występuje przeciwko niemu. Krytykuje decyzje premiera, podejmuje działania na własną rękę. Widać coraz większy dysonans pomiędzy „Nowym Dworem” Tuska, a jego starymi pobratymcami.
„PO się ośmiesza, próbuje zamieść sprawę pod dywan!” – takie wypowiedzi coraz częściej słychać na polskich ulicach, w autobusach i wieczornych pubach. Cała sprawa dobitnie pokazuje niski poziom intelektualny reprezentantów Platformy.
Chociażby ostatni przykład – członkowie Komisji Hazardowej zastanawiali się, czy posłanka Kempa jest prawnikiem. Kwestię wykształcenia Kempy podjęli posłowie PO, którzy chcieli wykazać brak jej merytorycznego przygotowania do analizy sprawy hazardowej. Zastawili jednak pułapkę na samych siebie. Wykształcenie posłów jest bowiem bardzo interesującym tematem, zwłaszcza gdy posłowie zaczynają szydzić z tytułu magistra prawa administracyjnego. Dlatego postanowiłem przyjrzeć się bliżej tej materii i przekonać się jak wyedukowani są posłowie śledczy, którzy muszą zapoznać się, zrozumieć i przeanalizować stosy aktów prawnych i dokumentów.
Zacznijmy od PiS-u: posłanka Kempa jest magistrem prawa administracyjnego. Wassermann jest magistrem prawa.
Najliczniejsza grupa w komisji – posłowie PO – wydaje się już być nieco mniej przygotowana: przewodniczący Sekuła jest magistrem inżynierem CHEMII; bardzo aktywny poseł Urbaniak jest magistrem FILOZOFII, skończył też zarządzanie (co ciekawe, jako zawód podaje „ekonomista”); natomiast Sławomir Neumann ma licencjata z prywatnej uczelni – Wyższej Szkoły Bankowej na wydziale bankowości, uzyskał też tytuł magistra EKONOMII.
Komisyjne przystawki prześwietlimy wspólnie. Bartosz Arłukowicz z SLD to lekarz pediatra, zwycięzca reality-show „Agent”; natomiast Franciszek Jerzy Stefaniuk z PSL… skończył liceum.
Widać więc wyraźnie, że w komisji hazardowej mamy 7 osób, z czego 5 to hołota nie mająca bladego pojęcia o materii prawa z akademickiego punktu widzenia. Jedyne dwie osoby, które ukończyły studia prawnicze, próbowano wyrzucić ze składu komisji. W mediach coraz częściej można usłyszeć komentarze ćwierć inteligentnych publicystów i tzw. ekspertów, w których ci ludzie twierdzą, że PiS nie ma posłów merytorycznie przygotowanych do obrad komisji śledczej. Mówi się o krótkiej ławce rezerwowej Kaczyńskiego i o brakach personalnych.
Na litość! Po lekturze mojego bloga można jednoznacznie stwierdzić, że (łagodnie rzecz ujmując) sympatykiem PiS-u i braci mniejszych nie jestem, jednak bez przesady. Jeśli krytykować, to konkretnie, a nie biadolić bez sensu, ładu i składu, byle tylko dowalić Kaczyńskim (bo to ciągle jeszcze jest modne w „Szkle kontaktowym”). Jeśli mamy już piętnować kogoś za wykształcenie, czy brak odpowiedniego przygotowania do partycypacji w pracach komisji, to do wyboru mamy licealistę, filozofa, chemika, ekonomistę i lekarza pediatrę z reality-show. A jedyne dwie osoby z tego grona posiadające wykształcenie prawnicze proponuję zostawić w spokoju…
Aleksander Grad - w chwili obecnej jeszcze Minister Skarbu - dzięki Małopolskiej Grupie Geodezyjno-Projektowej, firmie którą przepisał na swoją żonę, zarabia miliony złotych! MGGP zarobiła w 2003 roku na kontraktach państwowych 15 mln PLN, w 2004 - 25 mln PLN, a w 2007 - aż 53 mln PLN! Ponieważ MGGP kiepsko wywiązywała się ze zleconych jej zadań, UE nałożyła na Polskę 400 mln PLN kary!
Sprawa stoczni w Gdyni i w Szczecinie od początku budziła wątpliwości. Najpierw podczas demonstracji związków zawodowych nasłano na stoczniowców policję, która brutalnie potraktowała uczestników protestu gazem i płynem pieprzowym. Wywołało to liczne poparzenia dróg oddechowych, oczu i skóry. Do tak agresywnych działań nie było podstaw – przedstawiciel gminy nie rozwiązał wcześniej zgromadzenia, sama policja nie wzywała do zachowania porządku. Jedynym przewinieniem stoczniowców było palenie opon i przyniesienie ze sobą kukły Donalda Tuska.
Mimo to, premier gratulował policjantom przeprowadzenia sprawnej akcji. Stoczniowców, którzy w czasie spotkania Europejskiej Partii Ludowej w Pałacu Kultury, chcieli zwrócić uwagę na swoje miejsca pracy (bo przecież to UE spowodowała konieczność zamknięcia stoczni), Tusk nazwał bojówkarzami PiS-u.
Jakiś czas później na światło dzienne wypłynęła sprawa przeciągających się negocjacji z katarskim funduszem rządowym, który był jakoby zainteresowany kupnem polskich stoczni. Tusk, w ogniu dziennikarskich pytań, zapewnił obywateli, że jeśli Minister Skarbu – Aleksander Grad – nie załatwi pozytywnie sprawy z katarskim inwestorem, to zostanie odwołany. Wszystko to w ramach dbania o wysokie standardy.
Do wykupienia stoczni przez katarskiego inwestora jednak nie doszło. Grad zdymisjonowany nie został. A premier Tusk przeprosił na konferencji prasowej… Ministra Grada, za to, że wcześniej groził mu dymisją. Stocznie upadły.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|