23 maja 2011 o godzinie 20:45. Kategorie: Kryminał, Media, Polityka Krajowa

Wyobraźcie sobie Państwo, co by się stało, gdyby były szef FBI, np. Louis Joseph Freeh, powiedział w wywiadzie, że za kadencji Billa Clintona stało się jasne, że Partia Demokratyczna brała udział w praniu brudnych pieniędzy dla mafii, a za część z nich opłacała swoją działalność. Gdyby Freeh dodał do tego, że śledztwu w tej sprawie ukręcono łeb ze względu na polityczne konotacje ówczesnego Prezydenta USA, skandal były podwójny i zapewne bardzo szybko pojawiłyby się głosy sugerujące, że to sprawa kilkakrotnie większa od afery Watergate.

Taka sytuacja, w mikroskali i w krzywym zwierciadle, miała miejsce dzisiaj w Polsce. Tygodnik „Uważam Rze” opublikował w poniedziałek obszerny wywiad z byłym szefem CBA (które, tak jak FBI, zajmuje się m.in. dochodzeniami ws. wysoko postawionych osób, także członków rządu federalnego i administracji państwowej) Mariuszem Kamińskim.

Z rozmowy przeprowadzonej przez Cezarego Gmyza i Piotra Zarembę dowiadujemy się, że CBA jest w posiadaniu zeznań świadka koronnego, z których wynika, że Mirosław Drzewiecki, w czasach gdy był skarbnikiem raczkującej wtedy Platformy Obywatelskiej, utrzymywał stałe kontakty z gangsterami z mafii pruszkowskiej i był zaangażowany „w proceder legalizowania pieniędzy mafii, czyli prania brudnych pieniędzy”. Mało tego, Kamiński dodaje, że „z informacji tych wynikało również, że część tych środków została przeznaczona na nielegalne finansowanie Platformy Obywatelskiej”.

Warto też zwrócić uwagę, że to tylko jeden z wielu zarzutów, które stawia w rozmowie z redaktorami „Uważam Rze” były szef CBA. Pozostałe dotyczą zażywania kokainy, przyjmowania łapówek, ręcznego sterowania prokuraturą w niewygodnych dla siebie sprawach… Skandal?




16 maja 2011 o godzinie 20:56. Kategorie: Kryminał, Politycy, Polityka Krajowa, Szopka Polityczna, Tusk

Premier Donald Tusk wypowiedział kolejną już w tej kadencji wojnę. Tym razem, po pedofilach, hazardzistach i sprzedawcach dopalaczy, przyszła pora na kibiców. A precyzyjniej rzecz ujmując, na zadymiarzy.

Owi zadymiarze, zwani ongiś kibolami, to po prostu stadionowi bandyci, stanowiący zagrożenie dla normalnych kibiców piłkarskich, a także dla samych drużyn i polskiej piłki nożnej jako takiej. Walka z nimi, w przeciwieństwie np. do wspomnianej już wojny z hazardem, nie budzi więc większych kontrowersji. Z przestępcami, którzy fizyczną przemoc przybrali sobie za swój atrybut, trzeba walczyć z całą bezwzględnością.

Jednak czy zamykanie stadionów dla wszystkich kibiców stanowi dobry środek w walce ze zjawiskiem okołopiłkarskiego bandytyzmu? Śmiem wątpić. Mieliśmy okazję przekonać się podczas zamkniętych meczów w Warszawie i Poznaniu, że kibice na takie spotkania i tak przychodzą. Stoją pod stadionami, manifestują swoje niezadowolenie, ich środowisko się konsoliduje. Tym sposobem zwykli kibice walczą ramię w ramię z kibolami, broniąc wspólnej sprawy.

Sami zadymiarze mają się przy tym świetnie. Co prawda nie demolują stadionów (co wbrew pozorom nie zdarza się tak często), ale nadal czują się panami na osiedlach i ulicach polskich miast. Problem kiboli, to bowiem nie tylko zadymy na stadionach w czasie meczów. To patologia dużo szersza, dająca się we znaki często ludziom kompletnie niezainteresowanym rodzimym futbolem.




02 maja 2011 o godzinie 21:01. Kategorie: Kultura, Polityka Zagraniczna, Śmierć, Wojna

W Waszyngtonie i w Nowym Jorku wybuchła euforia. Osama bin Laden (a właściwie Usama ibn Ladin) nie żyje. Informacja podana przez administrację Obamy wywołała falę niepohamowanej radości. Amerykanie czekali na głowę najbardziej rozpoznawalnego terrorysty na świecie już prawie 10 lat.

Urzędnicy z Białego Domu nie kryją się ze swoimi intencjami – celem misji było zabicie ibn Ladina, nie jego pojmanie – mówią bez zbędnej kurtuazji dziennikarzom. Prezydent USA, wraz z przywódcami innych państw Zachodu, „cieszy się, że zatryumfowała sprawiedliwość”. Nasi czołowi politycy – Prezydent, Premier i szef MSZ zgodni byli dziś zwłaszcza w jednym punkcie – śmierć Usamy ibn Ladina to znak, że sprawiedliwość dosięgnie każdego.

Czy jednak aby na pewno strzelenie innemu człowiekowi – jaki by on nie był – za przeproszeniem, „w łeb”, to sprawiedliwość? Od kiedy cywilizacja zachodnia uznaje brutalny, krwawy i bezwzględny samosąd za akt sprawiedliwości? Przecież do niedawna symbolem cywilizowanego rozliczania win była sala sądowa. Zasłużyli na nią członkowie SS osądzeni przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, a także Saddam Hussajn, dyktator Iraku, stracony po trwającym wiele miesięcy procesie.

Na sprawiedliwość nie zasłużył jednak Usama ibn Ladin. Chociaż wszyscy najważniejsi politycy Zachodu zarzekają się, że zabicie tego terrorysty to „sukces”, to jednak z punktu widzenia rozwoju naszej cywilizacji, wydarzenie to jawi się jako gigantyczny krok wstecz. Strzał w głowę, bez procesu, bez udowodnienia winy i pospieszne zatopienie zwłok w bliżej niezidentyfikowanym miejscu na morzu, nie jest bowiem aktem sprawiedliwości, a jedynie krwawym i bezwzględnym rewanżem.

Czym różnią się tłumy ludzi palące zdjęcie znienawidzonego ibn Ladina, od tłumów podpalających amerykańską flagę czy kukłę prezydenta USA? Czy naprawdę chcemy podążać w tym kierunku? Czy rzeczywiście chcemy iść drogą na której sprawiedliwością nazywa się strzelenie winnemu w łeb, bez procesu, bez udowodnienia jego zbrodni? Na końcu tej drogi znajduje się najpewniej świat, który łatwiej nazwalibyśmy dziś pustynią na Bliskim Wschodzie, niż cywilizowaną zachodnią metropolią. Uważajmy więc z wiwatowaniem.






w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
Obserwuj mnie na Twitterze!

Wczytywanie...




kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki: