Na początku kwietnia, za pośrednictwem redaktora Tomasza Machały i serwisu Facebook, wszyscy zainteresowani mogli wziąć udział w debacie z Andrzejem Olechowskim. Wczoraj, 28 kwietnia, odbyła się podobna dyskusja z kolejnym kandydatem na prezydenta – z Panem Markiem Jurkiem.
Zadałem mu trzy pytania i – chociaż nie zawsze było łatwo – uzyskałem na wszystkie odpowiedź. Treść całej debaty można znaleźć w odpowiednim koncie w serwisie Facebook. Poniżej prezentuję poza swoim udziałem w dyskusji, także kilka najciekawszych pytań, które padły wczoraj:
Piechuła: ~Witam serdecznie Panie Marku! Zna Pan Stefana Niesiołowskiego jeszcze z czasów ZChN - czy Pana zdaniem chamstwo, jakie w ostatnich latach stało się jego atrybutem, wynika z cech charakteru, czy to raczej medialna poza?
Marek Jurek: Myślałem, że Marszałek Niesiołowski stając się marszałkiem trochę wyluzuje, ale niestety jego agresja stała się znacznie bardziej ponura.
Chęć ubiegania się o fotel głowy państwa w przyspieszonych wyborach prezydenckich zgłosiły 22 komitety wyborcze. Poza znanymi postaciami świata polityki, takimi jak Marek Jurek, Jarosław Kaczyński, Bronisław Komorowski, Janusz Korwin-Mikke, Andrzej Lepper, Grzegorz Napieralski, Andrzej Olechowski czy Waldemar Pawlak, swoją kandydaturę wysunęło także 14 innych osób.
O tych kandydatach często nie wspomina się ani słowem. Zapewne większa część z nich nie zdoła zebrać wymaganych 100 000 podpisów, które umożliwiłyby im udział w walce o Prezydencki Pałac. Czy jest czego żałować? Przekonajmy się sami. Poniżej przedstawiam kilka podstawowych informacji, które pomogą przybliżyć sylwetki nieobecnych w środkach masowego przekazu kandydatów.
Gazeta Wyborcza to jedyny dziennik, który jeszcze przed pogrzebem głowy państwa, zaczął jątrzyć, straszyć i opluwać w starym, dobrym stylu. Do dziś czytelników przestrzega się w nim przed ZEMSTĄ JAROSŁAWA, HAŃBĄ W ZWIĄZKU Z POCHÓWKIEM NA WAWELU, a także nieśmiertelną już IV RP. I to zupełnie bez powodu.
Żeby jednak nie być gołosłownym zacytuję tutaj fragment felietonu Ewy Milewicz, z piątkowego wydania tego tytułu, który – moim zdaniem – doskonale ilustruje poziom dialektycznej propagandy uprawianej przez Wyborczą:
Pierwsze słowa prezesa PiS – z cmentarzy, na których pochowano jego politycznych przyjaciół - są jak kaganki oświetlające drogę, którą pewnie podąży teraz PiS. „Musimy podjąć tak nagle przerwane ich dzieło. Być może przegramy, być może owoców naszej pracy nie doczekamy, być może jeszcze nie uda nam się tym razem powrót do Polski. Ale musimy dać świadectwo!” – taki list przysłał Jarosław Kaczyński nad grób Aleksandra Szczygły.
Pierwsze wrażenie po przeczytaniu tego tekstu – ot, zwyczajna mowa pogrzebowa. Ale nie dla Ewy Milewicz. Ta Pani jako „dziennikarka” Gazety Wyborczej widzi znacznie więcej niż przeciętny człowiek – co udowadnia, pisząc:
Dać świadectwo? W państwie demokratycznym? Świadectwo można dawać wtedy, gdy za głoszenie poglądów człowiekowi coś grozi. Więzienie, pobicie, opresja… Dają świadectwo opozycjoniści na Kubie. Dawali świadectwo Lech i Jarosław Kaczyńscy w PRL. Ale czy dziś w Polsce rządzi jakiś reżim?
Milewicz szybko odpowiada sobie na wszystkie nonsensowne pytania, które postawiła. Dochodzi do wniosku, że Jarosław Kaczyński postrzega Donalda Tuska jako dyktatora i zamierza go obalić. Pani „redaktor” oburza się, że – jak sama pisze – rozpocznie się szukanie winnych katastrofy. A winnym – według Ewy Milewicz – okaże się premier Donald Tusk, który zostanie osądzony przed Trybunałem Stanu. Oczywiście w IV RP, no bo jakże by inaczej…
Poziom absurdu i bezmyślności, jaki osiągnięto w tym artykule, możecie dogłębnie przeanalizować na własną rękę – cały felieton umieszczam w źródłach na końcu notki.
Pragnę jeszcze dodać, że po tym, co Ewa Milewicz wyłożyła czytelnikom na drugiej stronie Wyborczej, w następujących później artykułach redaktorzy żalą się, że to >>PiS<< doprowadzi do trwałego podziału społeczeństwa.
W tym miejscu stosownym wydaje się powtórzenie retorycznego pytania, zadanego kiedyś przez Kazika Staszewskiego: Czy Wy nas macie za idiotów?!
W tym kraju nigdy nie będzie dobrze. Każda kolejna ekipa rządząca jest gorsza od poprzedniej. Kiedyś to było lepiej, ale teraz…
Założę się, że każdy słyszał kiedyś takie lub podobne żale, wylewane przy okazji rozmów natury politycznej. Zazwyczaj trudno jest nam udzielić na nie jakiejś konkretnej i sensownej odpowiedzi. Możemy zaprzeczać, ale kiedy przejrzymy archiwalne materiały sprzed ok. 15 lat, to nasze uczucia zazwyczaj bywają mieszane.
Wiadomo, politycy reprezentowali wtedy zupełnie inny poziom. Rządy były niestabilne, partyjnym przywódcom brakowało ogłady i obycia, a na sejmowych korytarzach każdy mógł sobie swobodnie zapalić papierosa. I chociaż przemówienia były mniej dyplomatyczne, a twarze części polityków bardziej zakazane, to było w tym coś, czego współcześnie brakuje.
Mianowicie – ci ludzie byli prawdziwi. W o wiele większym stopniu niż dzisiaj. Oburzony i wykrzykujący płomienne zdania Kuroń nikogo nie dziwił. Palikot przy nim, to niedoświadczony amator z niewielkimi pokładami odwagi. A jednak dzisiaj wystarczy wypowiedzieć szeptem nieparlamentarne słowo, napić się publicznie wódki czy stwierdzić, że jest się z SLD, by wywołać mały, polityczny skandal.
Oczywiście nie twierdzę, że kilkanaście lat temu politycy zachowywali się w pełni naturalnie, ani nie chcę tutaj wybielać osoby Palikota – co do którego moje zdanie czytelnikom tego bloga jest raczej znane. Rzecz w tym, że w owych czasach polityka była traktowana jako pole walki personalnej, czasami nawet ideowej. Polityka była polityką. Brudną, jak to mamy w zwyczaju, ale spontaniczną.
Dziś mamy marionetkowych posłów. Premier bardziej niż szefem rządu, jest aktorem. Wszystkie zachowania są wyważone, zawsze ma się na względzie medialny odbiór swoich czynów. Niestety, to co wygląda poprawnie w telewizji, nie zawsze jest takie dobre w prawdziwym życiu. Praktyka parlamentarna stała się jednak sprawą drugoplanową. Na pierwszej linii walki o wyborców stanęli oni – specjaliści od politycznego marketingu.
Lech i Maria Kaczyńscy spoczęli dziś na Wawelu. Ich ziemska droga dobiega końca, a wraz z nią okres żałobny. Zapewne już od poniedziałku polityka rozgorzeje na całego. PiS i SLD są pozbawione kandydatów na najwyższy urząd w państwie, a pozycja PO nie jest już tak pewna jak jeszcze przed dwoma tygodniami.
Katastrofa w Smoleńsku – w sensie politycznym - nie była na rękę nikomu. Nawet PO ucierpiało na śmierci głowy państwa. Lech Kaczyński był bardzo wygodnym kontrkandydatem dla Bronisława Komorowskiego. Można było standardowo wyśmiać jego niski wzrost, słynne już przejęzyczenia typu „irasiad” czy „Roker Płerejro”, bądź po prostu nazwać go ksenofobem. W takiej sytuacji zwycięstwo kandydata PO było niemal pewne.
Tragiczna śmierć prezydenta zmieniła jednak wszystko. Media w przeciągu kilku minut zmieniły podejście do Lecha Kaczyńskiego. Stworzono mu wizerunek bohatera: patriota, odważny człowiek, wybitny polityk, najlepszy prezydent, kochający mąż i ojciec… To tylko niektóre z określeń, jakie przylgnęły do Kaczyńskiego w ciągu ostatniego tygodnia.
Taka opinia o byłym prezydencie znakomicie wzmacnia pozycję PiS-u i ich przyszłego kandydata. Gdyby w wyborach wystartował sam Jarosław Kaczyński, to śmiem twierdzić, że na fali współczucia i tragicznej śmierci brata, zbudowałby poparcie wystarczające do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Pytanie: czy będzie w stanie wziąć udział w tym wyścigu?
Lech Kaczyński jako jeden z nielicznych odważył się w listopadzie 2008 roku odwiedzić Gruzję, która w owym czasie toczyła regularną wojnę z Federacją Rosyjską. Konflikt dotyczył separatystycznie nastawionej Osetii Południowej. Rosyjskie wojska wkroczyły na sporne terytorium, bombowce zrzucały swoje śmiertelne ładunki na miejscowości i bazy lotnicze położone pod stolicą Gruzji – Tbilisi. To wojna! – krzyczeli z przerażeniem gruzińscy przywódcy.
Konwój, w którym Lech Kaczyński podróżował z prezydentem Micheilm Saakaszwilim, został ostrzelany. Samochody kierowały się w stronę granicy z Osetią Południową, na drodze miał stanąć im lada chwila rosyjski punkt kontrolny.
Na szczęście nikomu nic się nie stało. Już jednak sam fakt otwarcia ognia do głowy państwa oznaczałby w ogromnej większości przypadków gigantyczny skandal i bardzo poważny kryzys. Gdyby ostrzelano konwój z Merkel, Sarkozym, czy Brownem, w ich rodzimych krajach oburzeniu nie byłoby końca. Najprawdopodobniej murem za nimi stanęła by cała UE. Polska zapewne wsparłaby sojuszniczy kraj jako jedna z pierwszych na świecie.
Gdyby komuś przyszło do głowy, by ostrzelać konwój z prezydentem USA – Obamą czy Bushem – Stany Zjednoczone najprawdopodobniej ogłosiłyby stan wojny, dopisując do słynnej listy „osi zła” nowe państwo.
Niestety, incydent dotoczył Lecha Kaczyńskiego. Polskiego Prezydenta nikt nie potraktował poważnie. Ynteligencja ze „Szkła Kontaktowego” oburzyła się, że kule nie sięgnęły celu. Skoro nic się nie stało, można było swobodnie i z charakterystyczną pogardą pośmiać się z „Kartofla”. Zupełnie bagatelizując przy tym powagę sytuacji.
Bronisław Komorowski, obecny kandydat PO na prezydenta, komentował wtedy całą sprawę tak:
Jeżeli zamach, to powiedziałbym: Jaka wizyta, taki zamach… Jeżeli z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera. Więc… raczej wygląda to na coś bardzo niepoważnego, a przykrego, bo stawiającego polskiego prezydenta w dość niezręcznej sytuacji.
Media szybko ogłosiły, że do prezydentów Polski i Gruzji strzelali… sami Gruzini. Po fali oburzenia, która przeszła przez niektóre środowiska, także polityczne, Gazeta Wyborcza wzięła marszałka sejmu w obronę, tłumacząc jego słowa tak:
Komorowski tłumaczył przecież we wtorek, że używał ironicznego języka, który rozumieją ludzie inteligentni.
Chwilę później podniosły się głosy oburzenia, że przez to, że doszło do ostrzelania konwoju, pogorszą się nasze relacje z Rosją. Zarzucano Kaczyńskiemu, że dał się wykorzystać Gruzji i Saakaszwiliemu.
Nikt nawet słowem nie napomniał, że cała sytuacja była na tyle poważna, że mogła nawet doprowadzić do wojny (gdyby kule trafiły w cel). Nikt nie współczuł Lechowi Kaczyńskiemu, a w programie pana Miecugowa co chwilę ktoś sugerował, że żałuje, iż zamachowiec nie trafił w głowę naszego państwa…
Prezydent – według wszystkich dziennikarzy i polityków – był naprawdę serdecznym człowiekiem. Osobą ciepłą, otwartą, przyjazną. Być może trochę nieśmiałą, ale jednocześnie odważną. Patriota, wielki człowiek, bohater. Tak mówi się o Lechu Kaczyńskim od soboty.
Pojawiły się zdjęcia, skrzętnie do tej pory ukrywane, na których Prezydent nie ma dziwnej miny, nie ziewa, nie ma zamkniętych oczu. Pojawiły się materiały filmowe, na których jak najbardziej godnie Lech Kaczyński reprezentuje nasz naród. Dziennikarze zaczęli mówić wprost – to był najlepszy prezydent w historii wolnej polski.
Jak do tego ciepłego, miłego i wartościowego człowieka podchodzono jeszcze tydzień temu? Jak traktowali go dziennikarze?! Jaki obraz Lecha Kaczyńskiego prezentowali!?
Irasiad, szalik narodowy na drugą stronę, wykrzywione usta, Roker Perejro… Byli i tacy, którzy zaśmiewali się głośno przytakując, kiedy Prezydenta nazywano chamem, alkoholikiem… Jacek Żakowski stwierdził nawet, z dziennikarską i wręcz lekarską „obiektywnością”, że Lech Kaczyński ma problemy psychiczne.
Prezydenta oskarżano o marnotrawienie środków publicznych. Za duża administracja, za dużo ochrony, za dużo przywilejów. Źle, że wożą go z obstawą, że go chronią. Dla wielu był to znak, że chyba się czegoś boi… Może to jakieś zaburzenia maniakalno-depresyjne – stwierdził z pełną powagą w „Szkle kontaktowym” jakiś yntelygent, popierający partię jedynie słuszną...
Powstały nawet plakaty, na których człowiek podobny do Lecha Kaczyńskiego domaga się BOR-owców i limuzyn. Miał on – o zgrozo! – wyśmiewać rzekomą skłonność Prezydenta do szastania naszymi pieniędzmi.
Dzisiaj dowiadujemy się, że Kaczyńscy byli wyjątkowo skromni. Maria chodziła do przeciętnych sklepów – zazwyczaj piechotą – co dziś poświadczają ekspedientki tam pracujące. Lech był zaś prawdziwym mężem stanu, wzorem do naśladowania dla każdego, wielkim patriotą.
Gdy żałoba minie i media zaczną znów nadawać informacje w właściwy dla siebie sposób – pamiętajmy, jak wielce są nieobiektywne. Jak wiele kłamstw i jadu dziennikarze potrafią wlać w nasze serca i umysły. Pamiętajmy, zwłaszcza teraz, gdy już z typową zawiścią, podnosi się haniebne larum: „Kaczyński? Na Wawelu?! WSTYD!!”.

Państwo jest sparaliżowane. Ludzie sami ogłosili dziś żałobę narodową, bez żadnego czekania na formalne decyzje, czy narzekania z jej powodu. Dziś wszyscy łączymy się w smutku.
Przyszedł dzień, w którym przyszło mi przeprosić. Za siebie, a także za wszystkich tych, którzy nie rozumieją, co dziś się stało.
Przepraszam za tych wszystkich, którzy źle życzyli.
Przepraszam za swoje wpisy, które nie raz powodowane emocją, stanowią teraz dowód mojej porywczości i młodego wieku.
Przepraszam za tych, którzy dziś narzekają, że śmierć najważniejszych osób w państwie pokrzyżuje im plany.
Przepraszam za wszystkich ignorantów.
Przepraszam za tych, którzy nie wiedzą przed jak wielkim kryzysem stanęliśmy i do jak wielkiej zawieruchy może to doprowadzić.
Przepraszam za tych, którzy nie potrafią się zachować.
Patrząc na tę tragiczną śmierć, na jej ogrom i na polityczne zamieszanie, które jej towarzyszy, życzę nam wszystkim, aby komisja powołana i przewodzona przez Putina, nie doszła do wniosku, że nas - Polaków - należy chronić przed terrorystami, rebeliantami czy innymi elementami wywrotowymi, które można łatwo oskarżyć o tę katastrofę.
Kandydat na prezydenta, Andrzej Olechowski, został zaproszony przez redaktora Tomasza Machałę do udziału w internetowej debacie za pośrednictwem serwisu Facebook. Postanowiłem skorzystać z okazji i wziąć w niej udział.
Co ciekawe, Olechowski odpowiadał na wszystkie zadane pytania po kolei… jednak te najmniej wygodne dla siebie, pomijał milczeniem. Zdecydowanie bardziej upodobał sobie pytania łatwe, które mógł skwitować jednym, ogólnikowym zdaniem.
Poniżej zamieszczam moje pytania i odpowiedzi, jakich udzielił mi Andrzej Olechowski:
Piechuła: ~Witam Pana serdecznie. Według oficjalnej witryny Komisji Trójstronnej, oraz informacji wielu publicystów, m.in. Daniela Estulina, jest Pan Zastępcą Przewodniczącego Grupy Europejskiej tej organizacji. Jakie pełni Pan w związku z piastowaną funkcją obowiązki? Czy nie będą one przeszkadzać w ewentualnym pełnieniu roli Prezydenta RP? I czy otrzymuje Pan wsparcie dla swojej kandydatury od członków Komisji Trójstronnej, np. od osoby Davida Rockefeller-a?
Olechowski: Chciałbym. Moja kadencja kończy się w maju tego roku.
~Czy planuje Pan utworzenie nowej politycznej formacji po wyborach, jeśli wynik będzie przynajmniej dwucyfrowy? Wszyscy doskonale pamiętamy, że to wokół Pańskiej popularności zbudowano kiedyś Platformę Obywatelską.
Jeśli wygram wybory, bądź osiągnę w nich dobry wynik, zgromadzona wokół mnie energia nie rozejdzie się.
|
w trzech zdaniach:
wyszukiwarka:
polecane:
mikroblogi:
kategorie tematyczne:
archiwum:
odnośniki:
|